14.06.2024, 19:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2024, 08:56 przez Lorraine Malfoy.)
Londyn, czerwiec 1972
Najdroższa moja,
Najsłodszy z nocnych kwiatów, wybujały zazdrośnie pośród mych przegniłych snów, z których każdy nosi przecież miano Twojego uśmiechu: w tych snach, całuję Twoją słodką opleć się wokół mojej szyi, bluszczowo, bezwzględnie, zdław mnie. Chciałabym być księżycem, do którego światła obracasz swą głowę - niczym pąk rozkwitły w cichej ciemności naszej sypialni, zalanej nad ranem odurzającym zapachem laudanum - ale to Ty jesteś księżycem, Ukochana, a ja jestem kwiatem, który chce go czcić: pospolitym, płożącym się wokół Ciebie chwastem, pasożytującym na Twoim sercu.
Przepraszam, że nie zostałam wczoraj na dłużej.
Zapewne pomyślisz sobie: Lorraine, znowu przez przypadek posłodziłaś kawę zawartością urny zamiast cukrem, i bredzisz. Otóż, nie tym razem, Kochana!
Zanudzałam Cię ostatnio przeokropnie swoimi narzekaniami w związku z organizacją pogrzebu dla pani Staunton - świeć Matko nad jej duszą - dopracowanie szczegółów uroczystości z całą jej roszczeniową rodziną było istną katorgą, ale w końcu jakoś się dogadaliśmy... Wyobraź sobie, że dzisiaj w moich progach zawitał jej najstarszy syn - tak, nie kto inny jak ten półkrwi bawidamek, ten sam, który spotyka się jednocześnie z żoną, matką i siostrą kulawego balwierza, Aureliusa Greene'a - i w ramach specjalnego podziękowania za pomoc przy pochówku matki zaoferował mi bilety do kina.
Na początku chciałam go wyśmiać, ale że nie spłacił jeszcze ostatniej raty za trumnę - i nie szykuje się, by zrobił to szybko, ba: prędzej odkuję się obstawiając u bukmachera, której Greene'ównie zrobi bachora jako pierwszej - wzięłam w końcu te bilety... Wiem, że często mówię, jak to mugolskie zwyczaje i upodobania są mi ordynarnymi, ale im częściej obcuję z niemagiczną kulturą, tym zabawniejsza się wydaje!
Tytuł filmu to "Ojciec Chrzestny", a wedle recenzji z mugolskiej gazety - nie znam, niestety, szczegółów fabuły, bo biedny Staunton zaczął się pocić ze strachu, kiedy spytałam żartobliwie, czy nie uważa, że aktor odgrywający tytułową rolę jest podobny do Dantego - opowiada o przejęciu władzy w nowojorskim półświatku przez ambitnego syna mafiosa.
Z ekranu podobno bezustannie leje się posoka, a trup aż się ściele: pomyślałam - może trochę bezczelnie, ale chyba lubisz, kiedy jestem trochę bezczelna, prawda? - że to idealny pretekst, żeby potrzymać Cię za rączkę, moja droga Maeve, bo gdyby w trakcie seansu wydarzyło się coś naprawdę przerażającego, nie wybaczyłabym sobie, gdybyś z zaskoczenia upuściła wiaderko z popcornem. Poza tym, czy ten film nie brzmi jak idealny romans, dla nas?
Tak, zapraszam Cię. Więc? Pójdziemy?
Całuję każdą z tysiąca Twoich twarzy, licząc, że wspomnienie moich ust towarzyszy Ci w każdym wcieleniu - także tym, które wybrałaś dzisiaj.
Twoja,
Lorraine