04.01.2023, 14:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2023, 15:00 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie kręciło się w głowie. Było jej też trochę niedobrze. W przeciwieństwie do Lovegooda, pamiętała, jak się nazywa i co się stało, chociaż w ogóle o tym nie myślała. W jej umyśle odbijało się bowiem wciąż i wciąż jedno zdanie.
Mecz.
Mecz wciąż trwał.
Ta myśl sprawiała, że ból schodził na dalszy plan.
Oczywiście, Hogwart to nie była profesjonalna liga. Tu najczęściej wygrywał ten zespół, którego szukający zdobywał znicza - chociaż Mackenzie naprawdę wychodziła z siebie i stawała obok, aby punkty zdobyte przy bramkach też się liczyły i nawet nalegała, by pałkarze skupiali się na bronieniu szukającej, i przypadkiem nie zawracali sobie głowy nią.
Wiedziała to wszystko, ale to i tak nie miało znaczenia.
- Ale... pani profesor... mecz...
- Odbędzie się bez pani. Jak sobie wyobrażasz zdobywanie goli ze złamaną ręką, panno Greengrass? - odparła nauczycielka surowym tonem, po czym przetransportowała Mackenzie na łóżko, wcześniej wyczarowując na nim narzutę, by całe to błoto nie uwaliło posłania. Ledwo kobieta wyszła, zapewne aby zawołać z sąsiedniego pomieszczenia pielęgniarkę, Mackenzie z pewnym trudem usiadła.
Podparła się przy tym odruchowo ręką i jęknęła, bo na całe nieszczęście profesor miała rację. Kość jak nic była złamała. Może nawet z przemieszczeniem. Przez moment przed oczyma Greengrass zatańczyły wszystkie gwiazdy, a ona sama śmiertelnie pobladła pod błotem. Pochyliła się, czoło opierając o kolana, gdy w uszach narósł świst, zwiastujący rychłe omdlenie.
Słowa Thedore'a przedarły się przez ten hałas.
- Masz amnezję, czy jak? - spytała, powoli się prostując. Nie byłaby specjalnie zdziwiona, że ktoś jej nie rozpoznaje, gdyby ten ktoś nie był członkiem drużyny quidditcha. Nie była ani najlepsza w magii, ani najładniejsza, ani nawet szczególnie towarzyska, więc jeżeli ktoś nie chodził na mecze, mógł spokojnie przegapić jej istnienie. Nawet jeżeli był w tym samym domu albo na tym samym roku.
Ale członkowie drużyn innych Domów doskonale ją znali i zwykle nienawidzi z głębi serc.
- Ścigająca Gryfonów. Ta, która trzy razy zabrała ci dziś kafla sprzed nosa. Zabrałabym czwarty, gdyby nie ten głupi wiatr. I tłuczek - przypomniała (z pewnością siebie może nie w stu procentach uzasadnioną, bo które z nich dostałoby w tym starciu kafla, gdyby nie te tłuczki, ciężko było powiedzieć). To przypomnienie też wiele o niej mówiło, bo to, że jest "ścigającą Gryfonów" uważała za istotniejsze od własnego imienia oraz nazwiska, czy jakiejkolwiek innej informacji, jaką mogłaby o sobie przekazać.
Za pocieszające w tej całej, irytującej sytuacji, mogła uznać wyłącznie to, że trafili tutaj oboje. A to oznaczało, że nie tylko Gryfoni stracili członka podstawowego składu.
Upewniwszy się, że jednak nie zemdleje, zacisnęła zęby, podjęła ostrożną próbę wstania. I - co rusz podpierając się o meble, w tym skraj łóżka Thedore'a - skierowała się ku oknu. Jeżeli się wychyli, powinna być w stanie dojrzeć boisko... Może jeśli je otworzy (chrzanić deszcz, wiatr i chłód, i tak nie mogła być bardziej mokra!) usłyszy nawet, jak komentator wykrzykuje wynik?
Mecz.
Mecz wciąż trwał.
Ta myśl sprawiała, że ból schodził na dalszy plan.
Oczywiście, Hogwart to nie była profesjonalna liga. Tu najczęściej wygrywał ten zespół, którego szukający zdobywał znicza - chociaż Mackenzie naprawdę wychodziła z siebie i stawała obok, aby punkty zdobyte przy bramkach też się liczyły i nawet nalegała, by pałkarze skupiali się na bronieniu szukającej, i przypadkiem nie zawracali sobie głowy nią.
Wiedziała to wszystko, ale to i tak nie miało znaczenia.
- Ale... pani profesor... mecz...
- Odbędzie się bez pani. Jak sobie wyobrażasz zdobywanie goli ze złamaną ręką, panno Greengrass? - odparła nauczycielka surowym tonem, po czym przetransportowała Mackenzie na łóżko, wcześniej wyczarowując na nim narzutę, by całe to błoto nie uwaliło posłania. Ledwo kobieta wyszła, zapewne aby zawołać z sąsiedniego pomieszczenia pielęgniarkę, Mackenzie z pewnym trudem usiadła.
Podparła się przy tym odruchowo ręką i jęknęła, bo na całe nieszczęście profesor miała rację. Kość jak nic była złamała. Może nawet z przemieszczeniem. Przez moment przed oczyma Greengrass zatańczyły wszystkie gwiazdy, a ona sama śmiertelnie pobladła pod błotem. Pochyliła się, czoło opierając o kolana, gdy w uszach narósł świst, zwiastujący rychłe omdlenie.
Słowa Thedore'a przedarły się przez ten hałas.
- Masz amnezję, czy jak? - spytała, powoli się prostując. Nie byłaby specjalnie zdziwiona, że ktoś jej nie rozpoznaje, gdyby ten ktoś nie był członkiem drużyny quidditcha. Nie była ani najlepsza w magii, ani najładniejsza, ani nawet szczególnie towarzyska, więc jeżeli ktoś nie chodził na mecze, mógł spokojnie przegapić jej istnienie. Nawet jeżeli był w tym samym domu albo na tym samym roku.
Ale członkowie drużyn innych Domów doskonale ją znali i zwykle nienawidzi z głębi serc.
- Ścigająca Gryfonów. Ta, która trzy razy zabrała ci dziś kafla sprzed nosa. Zabrałabym czwarty, gdyby nie ten głupi wiatr. I tłuczek - przypomniała (z pewnością siebie może nie w stu procentach uzasadnioną, bo które z nich dostałoby w tym starciu kafla, gdyby nie te tłuczki, ciężko było powiedzieć). To przypomnienie też wiele o niej mówiło, bo to, że jest "ścigającą Gryfonów" uważała za istotniejsze od własnego imienia oraz nazwiska, czy jakiejkolwiek innej informacji, jaką mogłaby o sobie przekazać.
Za pocieszające w tej całej, irytującej sytuacji, mogła uznać wyłącznie to, że trafili tutaj oboje. A to oznaczało, że nie tylko Gryfoni stracili członka podstawowego składu.
Upewniwszy się, że jednak nie zemdleje, zacisnęła zęby, podjęła ostrożną próbę wstania. I - co rusz podpierając się o meble, w tym skraj łóżka Thedore'a - skierowała się ku oknu. Jeżeli się wychyli, powinna być w stanie dojrzeć boisko... Może jeśli je otworzy (chrzanić deszcz, wiatr i chłód, i tak nie mogła być bardziej mokra!) usłyszy nawet, jak komentator wykrzykuje wynik?