Nie oszukujmy się. Takich okazji się nie przegapiało. Kiedy miało się możliwość przeprowadzić wywiad z kimś takim jak Erik Longbottom, zawsze było się w gotowości. Monty Phyton czytał jego ostatni wywiad z Lockhartem i założył sobie, że ten jego będzie lepszy, bardziej kontrowersyjny. Zależało mu na posłuchu, ludzie musieli go czytać, dzięki temu mógł wreszcie wspiąć się na wyżyny swojej kariery. Wierzył, że to będzie jego wielki dzień.
Spóźnił się. Pojawił się w miejscu spotkania dwie minuty po czasie. Niedobrze. To nie wyglądało obiecująco. Poprawił kapelusz na głowie i rozejrzał się po pomieszczeniu. Dostrzegł mężczyznę niemalże od razu, Erik Longbottom wyróżniał się na tle innych osób, które znajdowały się w tym miejscu. Biła od niego jakaś dziwna aura.
Monty od razy ruszył w jego kierunku. Przystanął przed stolikiem i przywitał się z Erikiem. - Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie, musiałem dokończyć jeden wywiad. - Skłamał, tak naprawdę to jadł obiad w knajpie nieopodal i jak zawsze nie rozplanował zbyt dokładnie czasu.
Usiadł na krześle na przeciwko mężczyzny, wyciągnął notes i pióro, był gotowy do pracy. W między czasie sięgnął do kieszeni marynarki po papierosy, wsadził sobie jednego do ust. Paczkę położył na stole. - To prawda, dużo się dzieje, ale to dobrze, nie brakuje nam tematów. - Odpowiedział Erikowi.
- Panie Longbottom, może zacznijmy od tego, co pana gryzie? - Postanowił od razu przejść do rzeczy.