15.06.2024, 14:18 ✶
Florence była chłodna dla obcych, szczery uśmiech rezerwując dla najbliższych, a słowa pocieszenia dla tych pacjentów, którzy – w jej ocenie przynajmniej – faktycznie ich potrzebowali. Poczucie humoru miała, owszem, ale odrobinę wisielcze, i niekoniecznie pokazywała je w sytuacjach uznawanych za biznesowe. Isaack i ona pod wieloma sprawami różnili się między sobą jak dzień i noc.
– Na to wpadłam sama, panie Bagshot. Dlatego proszę o konsultacje historyka magii, nie oczekuję odpowiedzi dziś ani jutro i nie domagam się cudu, a jedynie ewentualnych wskazówek, gdzie szukać dalej. Zdaję sobie też sprawę z tego, że to nie jest łatwe przedsięwzięcie i znalezienie w bibliotece Parkinsonów potrzebnych mi informacji może okazać się niemożliwe – powiedziała, wciąż tym samym, uprzejmym tonem, bo z jego słów wynikało mniej więcej to samo, do czego mogła dojść bez większych problemów – genealogia, legendy, i tak dalej. Potrzebowała, aby ktoś, kto spędził więcej czasu niż ona pośród ksiąg historycznych, bo sama w bibliotece Parkinsonów najczęściej sięgała po księgi dotyczące konkretnie klątwołamania. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, a przetrząśnięcie księgozbiorów stanowiło zaledwie jedną fazę bardzo złożonego, wieloetapowego projektu. W bibliotece Parkinsonów była może kopia każdej magicznej księgi, jaka powstała w ciągu dwóch ostatnich wieków na Wyspach Brytyjskich, ale wielu historii nie zapisano, a gdyby wyleczenie klątwy żywiołów było tak proste, że w którejś z ksiąg kryłaby się odpowiedź, ktoś by już dawno się tym zajął. – Szukałam informacji z tych obszarów, które pan wymienił – dodała jeszcze. Oczywiście, to nie wystarczyło, a sama nie była badaczem i nie umiała dostatecznie dobrze poruszać się po archiwach oraz różnych działach bibliotecznych, aby znaleźć potrzebne informacje.
– W takim razie możemy iść do biblioteki Parkinsonów – zgodziła się bez oporów, odstawiając filiżankę. Wyjęła sakiewkę, by pozostawić zapłatę za kawę na stoliku. Nie było żadnych powodów, aby się nie zgadzać na propozycję, ostatecznie to jej przecież zależało na znalezieniu jeśli nie lekarstwa, to przynajmniej sposobu na lepsze kontrolowanie ataku żywiołów i to ona poprosiła go o spotkanie. – Biblioteka jest zaledwie pięć minut drogi stąd, możemy się tam przejść. Chętnie omówię dalsze kroki na miejscu.
Niezbyt lubiła wprawdzie długie spacery, ale też widziała w swojej karierze uzdrowicielki zbyt wiele przypadków rozszczepienia, aby korzystała z teleportacji tylko po to, aby teleportować się sprzed jednego budynku pod drugi, leżący jakiś rzut kamieniem od tego, pod którym się znajdowała.
Florence podniosła się z miejsca, starannie wsunęła krzesło pod stół, zabrała swoją torebkę i była gotowa do ruszenia do biblioteki.
– Na to wpadłam sama, panie Bagshot. Dlatego proszę o konsultacje historyka magii, nie oczekuję odpowiedzi dziś ani jutro i nie domagam się cudu, a jedynie ewentualnych wskazówek, gdzie szukać dalej. Zdaję sobie też sprawę z tego, że to nie jest łatwe przedsięwzięcie i znalezienie w bibliotece Parkinsonów potrzebnych mi informacji może okazać się niemożliwe – powiedziała, wciąż tym samym, uprzejmym tonem, bo z jego słów wynikało mniej więcej to samo, do czego mogła dojść bez większych problemów – genealogia, legendy, i tak dalej. Potrzebowała, aby ktoś, kto spędził więcej czasu niż ona pośród ksiąg historycznych, bo sama w bibliotece Parkinsonów najczęściej sięgała po księgi dotyczące konkretnie klątwołamania. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, a przetrząśnięcie księgozbiorów stanowiło zaledwie jedną fazę bardzo złożonego, wieloetapowego projektu. W bibliotece Parkinsonów była może kopia każdej magicznej księgi, jaka powstała w ciągu dwóch ostatnich wieków na Wyspach Brytyjskich, ale wielu historii nie zapisano, a gdyby wyleczenie klątwy żywiołów było tak proste, że w którejś z ksiąg kryłaby się odpowiedź, ktoś by już dawno się tym zajął. – Szukałam informacji z tych obszarów, które pan wymienił – dodała jeszcze. Oczywiście, to nie wystarczyło, a sama nie była badaczem i nie umiała dostatecznie dobrze poruszać się po archiwach oraz różnych działach bibliotecznych, aby znaleźć potrzebne informacje.
– W takim razie możemy iść do biblioteki Parkinsonów – zgodziła się bez oporów, odstawiając filiżankę. Wyjęła sakiewkę, by pozostawić zapłatę za kawę na stoliku. Nie było żadnych powodów, aby się nie zgadzać na propozycję, ostatecznie to jej przecież zależało na znalezieniu jeśli nie lekarstwa, to przynajmniej sposobu na lepsze kontrolowanie ataku żywiołów i to ona poprosiła go o spotkanie. – Biblioteka jest zaledwie pięć minut drogi stąd, możemy się tam przejść. Chętnie omówię dalsze kroki na miejscu.
Niezbyt lubiła wprawdzie długie spacery, ale też widziała w swojej karierze uzdrowicielki zbyt wiele przypadków rozszczepienia, aby korzystała z teleportacji tylko po to, aby teleportować się sprzed jednego budynku pod drugi, leżący jakiś rzut kamieniem od tego, pod którym się znajdowała.
Florence podniosła się z miejsca, starannie wsunęła krzesło pod stół, zabrała swoją torebkę i była gotowa do ruszenia do biblioteki.