16.06.2024, 10:15 ✶
Myśl o święcie żniw napawała Brennę trochę większym niepokojem niż chciałaby przyznać. Ostatnie dwa sabaty poszły bardzo nie tak i teraz wciąż zastanawiała się, co sknoci się tym razem. Nawet jeśli od wycieczki do eksperta z północnej Europy zastanawiała się wciąż, czy Voldemort nie wymyśli czegoś w Samhain, to czy Lammas nie było potencjalnie atrakcyjnym celem?
Nauczyła się już, że dni sabatów były naprawdę pełne mocy. Chyba tylko absolutni głupcy mogli tego nie zauważyć.
Chwilowo jednak próbowała robić dobrą minę do złej gry. Nie mieli żadnych informacji, a działo się w ostatnich miesiącach naprawdę bardzo, bardzo wiele, nie mogła więc przygotować się lepiej niż po prostu próbując mieć oko na wszystko… i kombinować, co dalej.
– Wrobiłam? – roześmiała się, odwracając od okna. – Przypominam: dwadzieścia tysięcy galeonów. Jedna kolacja z tobą była warta więcej niż wszystkie inne fanty wystawione na loterię. Za co niby moglibyśmy zebrać równie wiele pieniędzy? Chcesz mi powiedzieć, że to, że dwójka dzieci otrzyma sfinansowanie wszystkiego, co potrzebuje w Hogwarcie, a dwóch utalentowanych absolwentów może studiować magimedycynę, nie było warte jednej kolacji, hm? – spytała, celując w niego palcem, jak z mugolskiego rewolweru. Może miała trochę wyrzutów sumienia wcześniej, ale teraz to już dawno pierzchły. – A nawet jeśli nie… skąd wiesz czy bez tego byłbyś drugim najbardziej pożądanym kawalerem w Wielkiej Brytanii? Hm… słuchaj, może ten kalendarz pozwoli ci się przebić na pierwsze miejsce. Chyba że zaprosimy do niego Vespera. Masz ogólnie mocną konkurencję, mój kochany braciszku, faktycznie, musisz zadbać o to, by jakoś ją wykosić... – powiedziała, a potem zaklęciem zlikwidowała wyczarowaną miotłę i drugą odesłała z powrotem do kuchni, ku wielkiemu rozczarowaniu psa, który usiadł na podłodze zdumiony, że znikła jego zabawka.
Brenna przeszła przez pomieszczenie i opadła na fotel, a Gałgan natychmiast znalazł się przy niej i podparł łapy o kolana, domagając się pieszczot.
Chyba trochę za bardzo te psy rozpieszczali, pomyślała, ale oczywiście podrapała go za uchem.
– No dobrze, masz rację. Morpheus na przykład pewnie mógłby pomóc trafić do tej nieco starszej grupy docelowej. I na pewno zgodziłby się wziąć udział, jeśli tylko pozwolimy mu założyć tiarę do zdjęcia – stwierdziła, takim tonem, że ciężko było powiedzieć, czy faktycznie to wszystko już planuje, czy tylko sobie żartuje.
Budowanie rozpoznawalności w istocie było… swego rodzaju grą. Elementem większej strategii. Także w wojnie. Im jesteś popularniejszy, tym bardziej wystawiasz się na cel – ale też masz większe wpływy i ci w potrzebie mogą cię znaleźć.
Kiedyś Erik miał być tym rozpoznawalnym, ona tą kojarzoną z „pomogę”, Mavelle, Patrick i Alastor tymi w cieniu.
Teraz wszystko się zachwiało, i Brenna próbowała trochę zniknąć.
Cholerna Czarownica tego nie ułatwiła.
– A kto nam zabroni? – zdziwiła się. Jeśli stały w polu, dlaczego nie miałby jakiś stać na drzewie. – Możemy też rozwiesić konfetti. Miles by się to spodobało. Zaklęcia chyba będą nietrwałe. A te małe dranie zlatują się tutaj chyba z całej Doliny Godryka, wyżarły nam połowę czereśni, zanim zdążyliśmy je zebrać, zaraz ten sam los spotka inne owoce. Masz jakieś plany na Lammas?
Nauczyła się już, że dni sabatów były naprawdę pełne mocy. Chyba tylko absolutni głupcy mogli tego nie zauważyć.
Chwilowo jednak próbowała robić dobrą minę do złej gry. Nie mieli żadnych informacji, a działo się w ostatnich miesiącach naprawdę bardzo, bardzo wiele, nie mogła więc przygotować się lepiej niż po prostu próbując mieć oko na wszystko… i kombinować, co dalej.
– Wrobiłam? – roześmiała się, odwracając od okna. – Przypominam: dwadzieścia tysięcy galeonów. Jedna kolacja z tobą była warta więcej niż wszystkie inne fanty wystawione na loterię. Za co niby moglibyśmy zebrać równie wiele pieniędzy? Chcesz mi powiedzieć, że to, że dwójka dzieci otrzyma sfinansowanie wszystkiego, co potrzebuje w Hogwarcie, a dwóch utalentowanych absolwentów może studiować magimedycynę, nie było warte jednej kolacji, hm? – spytała, celując w niego palcem, jak z mugolskiego rewolweru. Może miała trochę wyrzutów sumienia wcześniej, ale teraz to już dawno pierzchły. – A nawet jeśli nie… skąd wiesz czy bez tego byłbyś drugim najbardziej pożądanym kawalerem w Wielkiej Brytanii? Hm… słuchaj, może ten kalendarz pozwoli ci się przebić na pierwsze miejsce. Chyba że zaprosimy do niego Vespera. Masz ogólnie mocną konkurencję, mój kochany braciszku, faktycznie, musisz zadbać o to, by jakoś ją wykosić... – powiedziała, a potem zaklęciem zlikwidowała wyczarowaną miotłę i drugą odesłała z powrotem do kuchni, ku wielkiemu rozczarowaniu psa, który usiadł na podłodze zdumiony, że znikła jego zabawka.
Brenna przeszła przez pomieszczenie i opadła na fotel, a Gałgan natychmiast znalazł się przy niej i podparł łapy o kolana, domagając się pieszczot.
Chyba trochę za bardzo te psy rozpieszczali, pomyślała, ale oczywiście podrapała go za uchem.
– No dobrze, masz rację. Morpheus na przykład pewnie mógłby pomóc trafić do tej nieco starszej grupy docelowej. I na pewno zgodziłby się wziąć udział, jeśli tylko pozwolimy mu założyć tiarę do zdjęcia – stwierdziła, takim tonem, że ciężko było powiedzieć, czy faktycznie to wszystko już planuje, czy tylko sobie żartuje.
Budowanie rozpoznawalności w istocie było… swego rodzaju grą. Elementem większej strategii. Także w wojnie. Im jesteś popularniejszy, tym bardziej wystawiasz się na cel – ale też masz większe wpływy i ci w potrzebie mogą cię znaleźć.
Kiedyś Erik miał być tym rozpoznawalnym, ona tą kojarzoną z „pomogę”, Mavelle, Patrick i Alastor tymi w cieniu.
Teraz wszystko się zachwiało, i Brenna próbowała trochę zniknąć.
Cholerna Czarownica tego nie ułatwiła.
– A kto nam zabroni? – zdziwiła się. Jeśli stały w polu, dlaczego nie miałby jakiś stać na drzewie. – Możemy też rozwiesić konfetti. Miles by się to spodobało. Zaklęcia chyba będą nietrwałe. A te małe dranie zlatują się tutaj chyba z całej Doliny Godryka, wyżarły nam połowę czereśni, zanim zdążyliśmy je zebrać, zaraz ten sam los spotka inne owoce. Masz jakieś plany na Lammas?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.