16.06.2024, 17:13 ✶
Słowa Geraldine zadziałały z pełną skutecznością. Zamknąłem się i teraz wpatrywałem się w nią niczym zbity pies. Poczułem, że przesadziłem z tonem, skoro ona również go podniosła, skoro była przy tym taka stanowcza i jednocześnie nieprzejednana.
Wciąż utrzymywała swoje, chociaż jej słowa były pełne chaosu, totalnie dla mnie niezrozumiałe. Nie wiedziałem, co się na dobrą sprawę dzieje, ale Geraldine z kolei wiedziała, co mówi, i ewidentnie starała się nie powiedzieć za dużo, dlatego to jej szło tak ślamazarnie. Wpakowała się w coś, znowu to zrobiła i odrzucała wszelką moją pomoc, jak gdybym miał cokolwiek jeszcze do stracenia. Im bardziej starałem się jej pomóc, tym bardziej mnie odsuwała od siebie i swojego życia.
Zacisnąłem dłonie w pięści, ale to jedyne, co mogłem zrobić. Geraldine była nieprzejednana, jeśli się na coś uparła. Była pod tym kątem stuprocentowo jak ojciec. Dwa uparte osły.... I... Właściwie zamarłem, kiedy usłyszałem, że jasnowidzowie nie widzą jej przyszłości. Czy tam nie widzieli. Czy to nie było jedno i to samo? Tego było już za wiele. Przy takim pakiecie informacji, to nawet wizja wybicia mi kłów nie była straszna, zdecydowanie wyblakła.
- Co ty mówisz, Geraldine? Jak nie miało być dla ciebie przyszłości? Co chciało odebrać ci życie? Czemu mi wcześniej o tym nie powiedziałaś...? - zapytałem ją podłamany. Nie spodziewałem się TAKICH informacji. Ledwo uszedłem z życiem, myślałem, że już właściwie było po mnie, a Geraldine... Również miała takie zdarzenia, a ja nic o tym nie wiedziałem. Wprawiało mnie to w spory dyskomfort i strach, szczególnie że Geraldine dalej chciała działać w pojedynkę.
- Jak mogę ci to obiecać...? Czemu zawsze musisz działać sama?! Na łeb na szyję... Wiesz, że mogę ci pomóc... Inni mogą ci pomóc... Nie musisz być z tym sama - odezwałem się ponownie, kręcąc głową w zaprzeczeniu. Nie mogłem się na to zgodzić, nie mogłem obiecać. Geraldine była jedną z tych nielicznych osób, która potrafiła na mnie patrzeć tak jak dawniej. Nie chciałem jej tracić. Nie tak. Już wolałbym, żeby się ode mnie odwróciła, ale była bezpieczna, a nie chroniła mnie i sama rozwiązywała problemy. Czemu więc wiedziałem, byłem pewien, że dokładnie tak zrobi, jak też powiedziała?
- Powiesz mi chociaż, kiedy będziesz miała to za sobą...? - zapytałem cicho, ledwo słyszalnie. Ledwo mi to przeszło przez gardło, bo się martwiłem. Miałem już swoją wizję tego zdarzenia i nie była ona przychylna dla niej. Ta pustka... Nie chciałem pustki dla Geraldine.
Wciąż utrzymywała swoje, chociaż jej słowa były pełne chaosu, totalnie dla mnie niezrozumiałe. Nie wiedziałem, co się na dobrą sprawę dzieje, ale Geraldine z kolei wiedziała, co mówi, i ewidentnie starała się nie powiedzieć za dużo, dlatego to jej szło tak ślamazarnie. Wpakowała się w coś, znowu to zrobiła i odrzucała wszelką moją pomoc, jak gdybym miał cokolwiek jeszcze do stracenia. Im bardziej starałem się jej pomóc, tym bardziej mnie odsuwała od siebie i swojego życia.
Zacisnąłem dłonie w pięści, ale to jedyne, co mogłem zrobić. Geraldine była nieprzejednana, jeśli się na coś uparła. Była pod tym kątem stuprocentowo jak ojciec. Dwa uparte osły.... I... Właściwie zamarłem, kiedy usłyszałem, że jasnowidzowie nie widzą jej przyszłości. Czy tam nie widzieli. Czy to nie było jedno i to samo? Tego było już za wiele. Przy takim pakiecie informacji, to nawet wizja wybicia mi kłów nie była straszna, zdecydowanie wyblakła.
- Co ty mówisz, Geraldine? Jak nie miało być dla ciebie przyszłości? Co chciało odebrać ci życie? Czemu mi wcześniej o tym nie powiedziałaś...? - zapytałem ją podłamany. Nie spodziewałem się TAKICH informacji. Ledwo uszedłem z życiem, myślałem, że już właściwie było po mnie, a Geraldine... Również miała takie zdarzenia, a ja nic o tym nie wiedziałem. Wprawiało mnie to w spory dyskomfort i strach, szczególnie że Geraldine dalej chciała działać w pojedynkę.
- Jak mogę ci to obiecać...? Czemu zawsze musisz działać sama?! Na łeb na szyję... Wiesz, że mogę ci pomóc... Inni mogą ci pomóc... Nie musisz być z tym sama - odezwałem się ponownie, kręcąc głową w zaprzeczeniu. Nie mogłem się na to zgodzić, nie mogłem obiecać. Geraldine była jedną z tych nielicznych osób, która potrafiła na mnie patrzeć tak jak dawniej. Nie chciałem jej tracić. Nie tak. Już wolałbym, żeby się ode mnie odwróciła, ale była bezpieczna, a nie chroniła mnie i sama rozwiązywała problemy. Czemu więc wiedziałem, byłem pewien, że dokładnie tak zrobi, jak też powiedziała?
- Powiesz mi chociaż, kiedy będziesz miała to za sobą...? - zapytałem cicho, ledwo słyszalnie. Ledwo mi to przeszło przez gardło, bo się martwiłem. Miałem już swoją wizję tego zdarzenia i nie była ona przychylna dla niej. Ta pustka... Nie chciałem pustki dla Geraldine.