Być kimś innym, albo nie być wcale. Zmienić nazwisko, przywdziać inny uśmiech, założyć różowe okulary. Marzenia podobne do tego, żeby zakupić bilet, byle jaki, wsiąść do pierwszego lepszego pociągu. Wyjechać stąd i zostawić pracę, której nawet nie lubisz. Poznać nowe lasy i pola, które miniesz za oknem, zachwycić się nowymi budowlami Manchesteru, westchnąć do magicznego Yorkshire. Niestety mogliśmy tylko oglądać obrazy, repliki van Gogha, która cudem chyba nie spłonęła przez tych idiotów, Śmierciożerców. Był Black i był Prewett, żadne inne nazwisko nie pasowało do tych twarzy i do ich sposobu bycia. Mogliby je skreślić w dokumentach, spalić te gobeliny, a ciągle mieliby tę samą przywarę. Nalepkę przyklejoną do czoła, jakby rzeczywiście każdy wokół wiedział. Prześwietlają cię na wylot, chociaż sekrety dobrze chowasz.
- I nie zawsze Pan musi nim być. Czasami może być Pan... po prostu sobą. - Nie specjalistą psychologiem, nie lekarzem, nie Blackiem, nawet nie Perseusem. Sobą. Nie zmienisz imienia i nazwiska, ale możesz czasami się z nich obedrzeć, żeby zachwycić się momentem i chwilą. Nie zauważył przy tym tego chwilowego zakłopotania... tego chwilowego zawstydzenia własną słabością i własną szczerością. Coś, co zaraz wykwitło w dumę - i bardzo dobrze. Niech kwitnie. Czy mógłby podlewać ten kwiat, dbać o niego, pielęgnować i chronić przed upałem, przed deszczem, przed szkodnikami, które zaraz chciałyby osiąść na dorodnych liściach? Perseus wydawał się potrzebować ochrony. Szklarni, w której mógłby oglądać świat, ale zza bezpiecznej szyby. Gdzie docierałoby do niego słońce, ale mógłby się chować w cieniu innych roślin, by pomału i po cichu oddawać się swoim radościom. Ten obraz nie kwitł w jego głowie, jeszcze nie. Znał tego człowieka stanowczo za mało, ale wielką ulgą było odkrycie, że spotkanie się z nim na zupełnie innej stopnie niż tam, w tym gabinecie, przynosiło ze sobą ulgę, zamiast dociskać do ziemi.
- Nie uważam tak. - Pozwolił sobie po raz kolejny się z nim nie zgodzić. To tak pasowało do słonecznika, jakim był Perseus - osoby, której pomyliły się barwy i zamiast stworzyć żółte płatki, oblał się cały czernią. Nadwrażliwej wręcz? Nawet w tamtym gabinecie miał wrażenie, że emocje za głęboko sięgają tego człowieka, może to było ich pomostem? Miał przecież ten sam problem. - Duchy często nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że nie żyją, albo wręcz nudzą się po drugiej stronie. Może w Limbo Vincentowi jest również samotnie i zimno, a chwila rozmowy ulżyłaby mu? - Powiedział to z zastanowieniem, stawiając pytanie w takiej intonacji, by nie pozostało wątpliwości, że to jedynie filozofowanie, dywagowanie i rozważanie. - Sam jednak też bym się nie zdecydował zakłócać bez potrzeby spokoju duchów. To nie jest zbyt bezpieczne, szczególnie teraz, kiedy granica między naszym światem a Limbo potrafi się zacierać. - Wiedział o tym? O tych pęknięciach, o widmach, o... na pewno wiedział. Na pewno miał pacjentów, którzy przybiegali do niego z tymi problemami. Nie chciał się nawet zastanawiać, jak wielu tragicznie to dotknęło.
Zachichotał cicho niczym nadobna niewiasta, chowając przez moment usta za zgiętymi palcami dłoni, przymykając oczy. Nie mógł obiecać, a zdecydowanie nie była to groźba... brzmiało tylko jak zaproszenie do czegoś dobrego. Jeśli tylko nie myślałeś o żadnych konsekwencjach i przyjmowałeś, że ta chwila zostanie w tej chwili zamknięta. Nie wyjdzie poza te mury. Jeśli tylko udawałeś, że wszystkim będzie to odpowiadało.
- Wiele rzeczy. - Odetchnął i przechylił głowę, spoglądając błyszczącymi oczami na mężczyznę. Wyobrażał sobie, jak sięga dłonią do jego policzka, jak opiera się na nim, jak przeciąga kciukiem po kości policzkowej, a drugą rękę zarzuca za jego szyję. Zsunął na moment oczy na jego usta, nim zaraz wrócił do jego oczu, pozwalając na razie tej enigmatycznej odpowiedzi zawisnąć w powietrzu. Żeby kontynuować wypowiedź musiał odwrócić spojrzenie i spojrzeć z powrotem na obraz. - Przemocy. Samotności. Manipulacji giełdą. - Uśmiechnął się półgębkiem, ale dla stojącego blisko Perseusa było to zauważalne. - Biurokracji Ministerstwa. Braku jego progresywności i uporczywego trzymania starych zasad. Terroru Śmierciożerców. - Lista była długa. - Słodyczy. - Znowu się lekko uśmiechnął, ale tym razem już nie powstrzymał uśmiechu szerszego. Celowo przecinał te jakże poważne rzeczy tymi niby błahymi, prozaicznymi, a w życiu człowieka bardziej obecnymi niż tacy Śmierciożercy. - A Pan, Panie Black? Co pan lubi, a czego pan nie lubi? - Spojrzał na niego z zaintrgyowaniem.