04.01.2023, 20:58 ✶
Florence po całym tym zamieszaniu na sali, sprowadzeniu ze sceny Faye, znalezieniu jednego z Longbottomów i wysłania do zdezorientowanej piosenkarki, zgubiła gdzieś w tłumie kuzynkę i Astorię. Obiecała sobie, że do tej pierwszej wkrótce napisze i zaproponuje jakieś spotkanie… o ile zdoła wcisnąć to w grafik… ale zamiast błądzić pomiędzy ludźmi również zjadła kawałek rozdawanego tortu, zamieniła kilka słów z jednym znajomych, a potem stanęła nieco z boku. Starała się wypatrzyć na sali brata. Tak na wszelki wypadek.
Trochę w duchu się bała, że albo zostawi narzeczoną samą sobie, zamiast jak Merlin przykazał poprosić ją do tańca.
Albo że to on stworzył tę kapibarę, szczura czy inne stworzenie, które przemknęło przez salę, siejąc zamęt i popłoch, a gospodarze postanowili go za to aresztować. (Nie była pewna, czy mogliby to zrobić. Może powinna kiedyś zapytać Oriona? Co Atreus, jako auror, musiałby wykręcić, aby można było go ot tak aresztować?)
- William. Witaj – powiedziała, gdy usłyszała głos Lestrange’a. Niezbyt ją zdziwiło, że podszedł, wszak w takim miejscu pojawiało się w dużej mierze po to, by przypomnieć swoim znajomym o tym, że się istnieje. I zapozować dla gazet. (Ewentualnie, bo zmusiła cię do rodzina albo jakieś pokrętne poczucie obowiązku lub odruch sprawdzenia, czy będziesz się dobrze bawił, a potem odkrywałeś, że chcesz być wszędzie, tylko nie tutaj, więc i tak rozpaczliwie rozglądałeś się za znajomymi twarzami. Florence na szczęście była trochę zbyt pewna siebie na taką desperację.)
- Jak widać na załączonym obrazku, chociaż nie powiem, wciąż się zastanawiam, czy Mungo jutro będzie stał beze mnie– odparła półżartem, półserio, bo jednak zdarzał się jej dzień bez dyżuru. Czasem. Nie to, że mieli marzec, a ona ciągle miała do odebrania cały zeszłoroczny urlop. - A ty? Zainteresowało cię coś na licytacji, czy przyszedłeś pod groźbą cruciatusa albo dwóch?
Może się myliła, ale Lestrange jakoś zawsze kojarzył się jej podobnie jak w Hogwarcie - z chowania w ciemnym kącie z książką, nie z dużych imprez. Odruchowo rozejrzała się za Eden, bo podejrzewała, że właśnie ona mogła namówić męża na udział w zabawie. (Albo postawić go przed faktem dokonanym. Takie podejście z kolei zdawało się bardzo pasować do Eden.)
A gdy Florence przeniosła wzrok z tłumu na Williama, co zobaczyła?
Niektórzy może zwróciliby uwagę na jego twarz. Inni na ubiór, elegancki, zwłaszcza jak na Williama (być może zadbała o to żona). Jeżeli chodziło o Florence, odnotowała jedno i drugie, ale jej uwagę pochłonęło coś zupełnie innego. Odstawiła swojego drinka, na wpół wypitego, na tacę przechodzącego w pobliżu kelnera i bezceremonialnie chwyciła Lestrange’a za rękę, obracając ją wierzchem do góry.
Tak. Była na niej krew.
- Jak to zrobiłeś? – spytała krótko, poddając oględzinom rękę, na całe szczęście przeciętą dość płytko, ale podejrzanie wyglądającą na ranę od szkła, a w takiej lubiły zostawać drobne, niewidoczne bez przyjrzenia się odłamki…
Trochę w duchu się bała, że albo zostawi narzeczoną samą sobie, zamiast jak Merlin przykazał poprosić ją do tańca.
Albo że to on stworzył tę kapibarę, szczura czy inne stworzenie, które przemknęło przez salę, siejąc zamęt i popłoch, a gospodarze postanowili go za to aresztować. (Nie była pewna, czy mogliby to zrobić. Może powinna kiedyś zapytać Oriona? Co Atreus, jako auror, musiałby wykręcić, aby można było go ot tak aresztować?)
- William. Witaj – powiedziała, gdy usłyszała głos Lestrange’a. Niezbyt ją zdziwiło, że podszedł, wszak w takim miejscu pojawiało się w dużej mierze po to, by przypomnieć swoim znajomym o tym, że się istnieje. I zapozować dla gazet. (Ewentualnie, bo zmusiła cię do rodzina albo jakieś pokrętne poczucie obowiązku lub odruch sprawdzenia, czy będziesz się dobrze bawił, a potem odkrywałeś, że chcesz być wszędzie, tylko nie tutaj, więc i tak rozpaczliwie rozglądałeś się za znajomymi twarzami. Florence na szczęście była trochę zbyt pewna siebie na taką desperację.)
- Jak widać na załączonym obrazku, chociaż nie powiem, wciąż się zastanawiam, czy Mungo jutro będzie stał beze mnie– odparła półżartem, półserio, bo jednak zdarzał się jej dzień bez dyżuru. Czasem. Nie to, że mieli marzec, a ona ciągle miała do odebrania cały zeszłoroczny urlop. - A ty? Zainteresowało cię coś na licytacji, czy przyszedłeś pod groźbą cruciatusa albo dwóch?
Może się myliła, ale Lestrange jakoś zawsze kojarzył się jej podobnie jak w Hogwarcie - z chowania w ciemnym kącie z książką, nie z dużych imprez. Odruchowo rozejrzała się za Eden, bo podejrzewała, że właśnie ona mogła namówić męża na udział w zabawie. (Albo postawić go przed faktem dokonanym. Takie podejście z kolei zdawało się bardzo pasować do Eden.)
A gdy Florence przeniosła wzrok z tłumu na Williama, co zobaczyła?
Niektórzy może zwróciliby uwagę na jego twarz. Inni na ubiór, elegancki, zwłaszcza jak na Williama (być może zadbała o to żona). Jeżeli chodziło o Florence, odnotowała jedno i drugie, ale jej uwagę pochłonęło coś zupełnie innego. Odstawiła swojego drinka, na wpół wypitego, na tacę przechodzącego w pobliżu kelnera i bezceremonialnie chwyciła Lestrange’a za rękę, obracając ją wierzchem do góry.
Tak. Była na niej krew.
- Jak to zrobiłeś? – spytała krótko, poddając oględzinom rękę, na całe szczęście przeciętą dość płytko, ale podejrzanie wyglądającą na ranę od szkła, a w takiej lubiły zostawać drobne, niewidoczne bez przyjrzenia się odłamki…