04.01.2023, 21:54 ✶
Florence raczej nie myślała o Williamie jako nierozgarniętym. Prędzej roztargnionym. Był w jej oczach mężczyzną, który zakładał skarpetki nie do pary, bo podczas ich dobierania pochłaniały go ważniejsze sprawy, takie jak teorie strun czy coś podobnego. Sama ze swoim pedantyzmem nie dałaby rady pewnie funkcjonować tak jak on, ale też inna sprawa, że ona nie była geniuszem. Tylko bardzo dobrą uzdrowicielka i łamaczką klątw.
Uśmiechnęła się mimowolnie, odruchowo, gdy on się roześmiał. Wbrew temu, co sądzili niektórzy jej stażyści, poza szpitalem uśmiechanie się wcale nie przychodziło Bulstrode ciężko.
- Niektórzy tak. Kiedy ostatnio sprawdzałam magazyn, poważnie rozważałam dokonanie zabójstwa doskonałego. I najpierw znalazłabym winnych i zmusiła ich, żeby przy tej odbudowie pomogli – sprostowała, bo akurat jeżeli szło o nią, takie żarty zupełnie jej nie przeszkadzały. A, chyba że były wygłaszane na sali wykładowej albo kiedy akurat odkrywała, że ktoś pomieszał etykietki na eliksirach w składziku. Wtedy nie. Mogłaby nawet za nie podgryźć gardło. Obecnie na szczęście w pobliżu nie było śladu po eliksirze.
- Dlaczego to miałoby być idiotyczne? – zdziwiła się szczerze Florence. – Zdecydowana większość ludzi robi sporo rzeczy, bo „tak wypada”. Jestem pewna, że tak z jedna trzecia ludzi jest tu głównie, by poplotkować i potańczyć, jedna trzecia, bo lubią Longbottomów, a prawie cała reszta po prostu uznała, że należy tu być albo ktoś ich zaciągnął siłą. Moja krewna kazała kupić swojej córce obojętnie co z licytacji, bo wypadało znaleźć się na liście ofiarodawców – dodała. Sama przyszła tu wprawdzie trochę dlatego, że wypadało, trochę, w nadziei na spotkanie znajomych, a trochę ot z myślą, że czasem dobrze znaleźć się gdzieś, gdzie jeżeli ktoś do ciebie macha, to prawdopodobnie nie dlatego, że jego palce zamieniły się w galaretkę.
Pochodziła z rodu czystej krwi. I wiedziała, że majątek każdej z tych bogatych rodzin uległby najmniej potrojeniu, gdyby jej członkowie dostawali sykla za każdym razem, kiedy robią coś tylko dlatego, że tak „wypada”.
Jeżeli szło o Florence, nawet przez sekundę nie pomyślała, że w złapaniu ręki Lestrange’a jest coś niewłaściwego, bo ot podchodziła do tego jako uzdrowicielka. Jeżeli zresztą komuś nawet miałoby przyjść do głowy, że oto następowała jakaś scena nieszczęśliwych kochanków, to wystarczyło spojrzeć na minę, jaką przybrała, gdy dowiedziała się, że William zapomniał o ranie i pewnie zwróciłby na nią uwagę dopiero w domu.
Sekundę później zresztą w dłoni kobiety znalazła się różdżka.
- Doprawdy. A gdybyś ją czymś zabrudził? Albo jeżeli w środku jest szkło? – zganiła go, bo po prostu Nie Umiała Się Powstrzymać.
Dlatego w szkole uważano ją za przemądrzałą.
Nie pytając o zgodę stuknęła lekko różdżką w dłoń, najpierw szepcąc jedno zaklęcie, z nadzieją, że usunie ewentualnie szkło, a potem poruszyła nadgarstkiem, rzucając standardowej episkey. O to, dlaczego spokojny z natury Lestrange wpadł na to, by ściskać kieliszek tak mocno, aby pękł, wolała nawet nie pytać.
Uśmiechnęła się mimowolnie, odruchowo, gdy on się roześmiał. Wbrew temu, co sądzili niektórzy jej stażyści, poza szpitalem uśmiechanie się wcale nie przychodziło Bulstrode ciężko.
- Niektórzy tak. Kiedy ostatnio sprawdzałam magazyn, poważnie rozważałam dokonanie zabójstwa doskonałego. I najpierw znalazłabym winnych i zmusiła ich, żeby przy tej odbudowie pomogli – sprostowała, bo akurat jeżeli szło o nią, takie żarty zupełnie jej nie przeszkadzały. A, chyba że były wygłaszane na sali wykładowej albo kiedy akurat odkrywała, że ktoś pomieszał etykietki na eliksirach w składziku. Wtedy nie. Mogłaby nawet za nie podgryźć gardło. Obecnie na szczęście w pobliżu nie było śladu po eliksirze.
- Dlaczego to miałoby być idiotyczne? – zdziwiła się szczerze Florence. – Zdecydowana większość ludzi robi sporo rzeczy, bo „tak wypada”. Jestem pewna, że tak z jedna trzecia ludzi jest tu głównie, by poplotkować i potańczyć, jedna trzecia, bo lubią Longbottomów, a prawie cała reszta po prostu uznała, że należy tu być albo ktoś ich zaciągnął siłą. Moja krewna kazała kupić swojej córce obojętnie co z licytacji, bo wypadało znaleźć się na liście ofiarodawców – dodała. Sama przyszła tu wprawdzie trochę dlatego, że wypadało, trochę, w nadziei na spotkanie znajomych, a trochę ot z myślą, że czasem dobrze znaleźć się gdzieś, gdzie jeżeli ktoś do ciebie macha, to prawdopodobnie nie dlatego, że jego palce zamieniły się w galaretkę.
Pochodziła z rodu czystej krwi. I wiedziała, że majątek każdej z tych bogatych rodzin uległby najmniej potrojeniu, gdyby jej członkowie dostawali sykla za każdym razem, kiedy robią coś tylko dlatego, że tak „wypada”.
Jeżeli szło o Florence, nawet przez sekundę nie pomyślała, że w złapaniu ręki Lestrange’a jest coś niewłaściwego, bo ot podchodziła do tego jako uzdrowicielka. Jeżeli zresztą komuś nawet miałoby przyjść do głowy, że oto następowała jakaś scena nieszczęśliwych kochanków, to wystarczyło spojrzeć na minę, jaką przybrała, gdy dowiedziała się, że William zapomniał o ranie i pewnie zwróciłby na nią uwagę dopiero w domu.
Sekundę później zresztą w dłoni kobiety znalazła się różdżka.
- Doprawdy. A gdybyś ją czymś zabrudził? Albo jeżeli w środku jest szkło? – zganiła go, bo po prostu Nie Umiała Się Powstrzymać.
Dlatego w szkole uważano ją za przemądrzałą.
Nie pytając o zgodę stuknęła lekko różdżką w dłoń, najpierw szepcąc jedno zaklęcie, z nadzieją, że usunie ewentualnie szkło, a potem poruszyła nadgarstkiem, rzucając standardowej episkey. O to, dlaczego spokojny z natury Lestrange wpadł na to, by ściskać kieliszek tak mocno, aby pękł, wolała nawet nie pytać.