17.06.2024, 00:55 ✶
- Widzę – odpowiedział Atreusowi. Oczywiście, że widział, że Brenna była fioletowa. Była fioletowa już za pierwszym razem, gdy aury Ośrodka Windermere rozlały się przed jego oczami, gdy przyglądał się wojnie toczącej obydwa kolory. Jeden chronił. Drugi niszczył. – Jest bezpieczna.
Jakby to dziwacznie nie brzmiało, bo Longbottom miała skłonność do pakowania się w największe kłopoty, tym razem była bezpieczna. Od samego początku była pod wpływem jakichś chroniących to miejsce sił. Patrick nie rozumiał do końca jak to działało, ale jakoś działało.
Sam też czuł ulgę. Nie był już czarny. Nawet niezrozumiała odpowiedź egzorcysty nie mogła popsuć mu dobrego humoru. Mógłby tak siedzieć na ziemi i po prostu odpoczywać, ale światło wyczarowane przez Sebastiana oświetliło kolejnego żywego trupa a kolejny wrzask egzorcysty był jeszcze bardziej alarmujący.
W innej sytuacji mógłby nawet wydać się śmieszny, ale Steward aż za dobrze rozumiał, że sytuacja była poważna. Zerwał się na równe nogi. Macmillan próbował się wycofać, uciec z miejsca ataku a Patrick przeciwnie. Rzucił się do przodu, wpychając się między żywego trupa a Sebastiana jak jakaś forma żywej trarczy.
I już nawet nie chodziło o to, że być może z Atreusem trochę spowodowali tę sytuację. Nie mógł i nie potrafił czuć się winny, że wyciągnęli tę przeklętą czaszkę z ziemi. Trzeba było to zrobić. Im szybciej, tym lepiej. Miała destrukcyjny wpływ na całe Windermere, na przyjeżdżających tutaj ludzi i z jakiegoś powodu wydawała się przybierać na mocy. Chodziło o to, że Sebastian był egzorcystą, spokojnym pracownikiem Ministerstwa Magii, jego przyjacielem, człowiekiem, którego lubił i szanował, i którego chciał chronić.
Był kimś innym niż Brenna, Atreus czy on sam. Nie był przygotowany do walki, do stawiania oporu żywym trupom lub czarnoksiężnikom. Patrick nie tylko nie zamierzał zmuszać go do walki, ale chciał go przed nią chronić. Nie wsłuchiwał się w krzyki i w działania pozostałych, po prostu starał się osłonić Macmillana przed potencjalnym atakiem.
Jakby to dziwacznie nie brzmiało, bo Longbottom miała skłonność do pakowania się w największe kłopoty, tym razem była bezpieczna. Od samego początku była pod wpływem jakichś chroniących to miejsce sił. Patrick nie rozumiał do końca jak to działało, ale jakoś działało.
Sam też czuł ulgę. Nie był już czarny. Nawet niezrozumiała odpowiedź egzorcysty nie mogła popsuć mu dobrego humoru. Mógłby tak siedzieć na ziemi i po prostu odpoczywać, ale światło wyczarowane przez Sebastiana oświetliło kolejnego żywego trupa a kolejny wrzask egzorcysty był jeszcze bardziej alarmujący.
W innej sytuacji mógłby nawet wydać się śmieszny, ale Steward aż za dobrze rozumiał, że sytuacja była poważna. Zerwał się na równe nogi. Macmillan próbował się wycofać, uciec z miejsca ataku a Patrick przeciwnie. Rzucił się do przodu, wpychając się między żywego trupa a Sebastiana jak jakaś forma żywej trarczy.
I już nawet nie chodziło o to, że być może z Atreusem trochę spowodowali tę sytuację. Nie mógł i nie potrafił czuć się winny, że wyciągnęli tę przeklętą czaszkę z ziemi. Trzeba było to zrobić. Im szybciej, tym lepiej. Miała destrukcyjny wpływ na całe Windermere, na przyjeżdżających tutaj ludzi i z jakiegoś powodu wydawała się przybierać na mocy. Chodziło o to, że Sebastian był egzorcystą, spokojnym pracownikiem Ministerstwa Magii, jego przyjacielem, człowiekiem, którego lubił i szanował, i którego chciał chronić.
Był kimś innym niż Brenna, Atreus czy on sam. Nie był przygotowany do walki, do stawiania oporu żywym trupom lub czarnoksiężnikom. Patrick nie tylko nie zamierzał zmuszać go do walki, ale chciał go przed nią chronić. Nie wsłuchiwał się w krzyki i w działania pozostałych, po prostu starał się osłonić Macmillana przed potencjalnym atakiem.