17.06.2024, 12:05 ✶
A jak na nią patrzył? Bo do niego docierało, że mimo całej łączącej ich przeszłości, jego wzrok coraz częściej był zwyczajnie smutny. Nic tak nie przypomniało mu o nieposiadaniu swojego miejsca w życiu jak scena, w której znajdowały się dwie osoby, na których zależało mu najbardziej na świecie. Jedna określiła go jakże zaszczytnym mianem psa, druga była zbyt zajęta podziwianiem własnych paznokci, żeby pogonić go za ten tekst czymś bardziej oschłym, a jego nie bała się poganiać za byle potknięcie. Takie to było nieznaczące. Niemiły komentarz wpleciony gdzieś tam w tę historię. Nie odgryzł się, chociaż mógł. Czy naprawdę chciał teraz do tego wracać?
- Pani każe, piesek szczeka, czyż nie? Czy jak mnie tam nazwałeś...?
Wolał kiedy był taki wygadany między jego nogami, teraz jego reakcją było zwyczajne zmieszanie. To określenie ugodziło w czarodziejską dumę, bo Wiedźmin miał całkowitą rację. Był psem na posyłki, ale niezbyt lubił o tym słuchać. Kiedy się człowiek pochylał nad tym dlaczego z taką łatwością przychodziło mu wykonywanie nawet najgorszych poleceń, myśli ryły swoje korytarze coraz głębiej - wracały do jego początków, do fundamentów jego jestestwa, do tego, że nie pamiętał swojego dzieciństwa oprócz jednej, cholernie smutnej sceny - tej kiedy go ojciec sprzedał czarodziejce cztery razy taniej niż świnię. Życia małego Fleamonta nie wyceniono nawet na jednego przeklętego galeona, nikt się nawet nie próbował o niego kłócić. Szybka transakcja i stał się problemem Aretuzy. Szkoły, w której nie powinien mieć prawa się uczyć, w której czuł się źle.
Przebył naprawdę długą drogę, żeby móc tu teraz stać i strzelać fochy, bawiąc się czarną aksamitką na swojej szyi i pozwalając czarnej szacie szeleścić przy każdym kroku, bo jego ubiór był sygnałem, którego się nie wstydził. Elementem gry, o wiele lepszym niż karykaturalny, szpiczasty kapelusz. Czapki były przecież zbyt oczywiste - były jak dwa miecze trzymane na plecach - Crow się nosił tak, żeby wpierw wzbudzał niepokój i zastanowienie swoją ekstrawagancją, dopiero później na widok wyszytych detali i obsydianowej gwiazdy wiszącej na cienkim materiale do obserwatorów miało dotrzeć, że nie był byle przyjezdnym z dalekich stron, a kimś, kto wysyłał im jasny, choć delikatny sygnał.
- Chcesz, żebym wysoko cenił twoje słowa, kiedy mnie obrażasz? Ja... - Nie dokończył, znowu się zawiesił. Zatrzymał się przy oknie i ułożył dłoń przy kamiennym parapecie, zawieszając spojrzenie na czymkolwiek, co nie było jego twarzą. - Co ty sobie myślałeś, Cain? - Powiedział to nagle, takim tonem, jakby sam w to do końca nie wierzył. - Łajdaku! Wiem, co sobie o mnie myślisz... nie musisz mówić tego na głos, widzę te obelgi kiedy na mnie patrzysz. Podobno widzisz emocje, prawdę o ludziach, więc znasz i moją prawdę. To, że dałem ci więcej niż jakiemukolwiek mężczyźnie w swoim życiu... - Zastygł na moment, ale uniósł rękę. Oczekiwał od niego milczenia. - Chodź tam z nami. Dobry jesteś w grze pozorów, to nie rób scen i udawaj mojego dobrego przyjaciela. A później tak jak oboje uwielbiamy - oh nie, on wcale tego nie uwielbiał - wstaniemy rano i rozejdziemy się w swoje strony. - Bo miłość jak widać, nie wystarcza. - Odkąd sięgam pamięcią, Wiedźmini ubijają potwory dla pieniędzy... a ja nie kłamałem tam i wcale nie powtarzałem za nią. Widziałem na własne oczy, jak smok porywa dwóch chłopaczków z okolicznej wioski i jeżeli znajdę ich martwych w jego leżu, to padnie tam trupem on albo ja, z twoją pomocą albo bez niej. - Tak, znowu bohaterował tym, którzy na jego widok zapewne uciekliby w popłochu. I prawdopodobnie nigdy tego nie docenią. Nie kłamała też jego dusza kiedy wpatrywał się w Caina maślanymi oczyma i bawił jego włosami, ale dystans i chłód robiły swoje. Zawahał się przed złapaniem go za rękę, nawet mimo szczerej chęci zatrzymania go przy sobie, na chwilę przynajmniej.
- Pani każe, piesek szczeka, czyż nie? Czy jak mnie tam nazwałeś...?
Wolał kiedy był taki wygadany między jego nogami, teraz jego reakcją było zwyczajne zmieszanie. To określenie ugodziło w czarodziejską dumę, bo Wiedźmin miał całkowitą rację. Był psem na posyłki, ale niezbyt lubił o tym słuchać. Kiedy się człowiek pochylał nad tym dlaczego z taką łatwością przychodziło mu wykonywanie nawet najgorszych poleceń, myśli ryły swoje korytarze coraz głębiej - wracały do jego początków, do fundamentów jego jestestwa, do tego, że nie pamiętał swojego dzieciństwa oprócz jednej, cholernie smutnej sceny - tej kiedy go ojciec sprzedał czarodziejce cztery razy taniej niż świnię. Życia małego Fleamonta nie wyceniono nawet na jednego przeklętego galeona, nikt się nawet nie próbował o niego kłócić. Szybka transakcja i stał się problemem Aretuzy. Szkoły, w której nie powinien mieć prawa się uczyć, w której czuł się źle.
Przebył naprawdę długą drogę, żeby móc tu teraz stać i strzelać fochy, bawiąc się czarną aksamitką na swojej szyi i pozwalając czarnej szacie szeleścić przy każdym kroku, bo jego ubiór był sygnałem, którego się nie wstydził. Elementem gry, o wiele lepszym niż karykaturalny, szpiczasty kapelusz. Czapki były przecież zbyt oczywiste - były jak dwa miecze trzymane na plecach - Crow się nosił tak, żeby wpierw wzbudzał niepokój i zastanowienie swoją ekstrawagancją, dopiero później na widok wyszytych detali i obsydianowej gwiazdy wiszącej na cienkim materiale do obserwatorów miało dotrzeć, że nie był byle przyjezdnym z dalekich stron, a kimś, kto wysyłał im jasny, choć delikatny sygnał.
- Chcesz, żebym wysoko cenił twoje słowa, kiedy mnie obrażasz? Ja... - Nie dokończył, znowu się zawiesił. Zatrzymał się przy oknie i ułożył dłoń przy kamiennym parapecie, zawieszając spojrzenie na czymkolwiek, co nie było jego twarzą. - Co ty sobie myślałeś, Cain? - Powiedział to nagle, takim tonem, jakby sam w to do końca nie wierzył. - Łajdaku! Wiem, co sobie o mnie myślisz... nie musisz mówić tego na głos, widzę te obelgi kiedy na mnie patrzysz. Podobno widzisz emocje, prawdę o ludziach, więc znasz i moją prawdę. To, że dałem ci więcej niż jakiemukolwiek mężczyźnie w swoim życiu... - Zastygł na moment, ale uniósł rękę. Oczekiwał od niego milczenia. - Chodź tam z nami. Dobry jesteś w grze pozorów, to nie rób scen i udawaj mojego dobrego przyjaciela. A później tak jak oboje uwielbiamy - oh nie, on wcale tego nie uwielbiał - wstaniemy rano i rozejdziemy się w swoje strony. - Bo miłość jak widać, nie wystarcza. - Odkąd sięgam pamięcią, Wiedźmini ubijają potwory dla pieniędzy... a ja nie kłamałem tam i wcale nie powtarzałem za nią. Widziałem na własne oczy, jak smok porywa dwóch chłopaczków z okolicznej wioski i jeżeli znajdę ich martwych w jego leżu, to padnie tam trupem on albo ja, z twoją pomocą albo bez niej. - Tak, znowu bohaterował tym, którzy na jego widok zapewne uciekliby w popłochu. I prawdopodobnie nigdy tego nie docenią. Nie kłamała też jego dusza kiedy wpatrywał się w Caina maślanymi oczyma i bawił jego włosami, ale dystans i chłód robiły swoje. Zawahał się przed złapaniem go za rękę, nawet mimo szczerej chęci zatrzymania go przy sobie, na chwilę przynajmniej.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.