17.06.2024, 10:56 ✶
Uśmiechnęła się półgębkiem. Erik ostatecznie miał jednak dużo więcej ambicji od niej. I tam gdzie ona wdała się w Potterów głównie z zamiłowania do wpadania w kłopoty (i ewentualnie umiejętności dobierania sukienek dla kuzynek i koleżanek, i namawiania je, by te założyły), tam on wziął od nich pewien szyk i pewne medialne skłonności. Nawet jeżeli zapewniał, że jest inaczej.
– Musisz uważać, konkurencja depcze ci po piętach. Na pewno chcesz podbijać popularność młodszych panów, którzy byli na liście tuż za tobą? Wiesz, niektórzy są całkiem przystojni i mają wiele fanek… – spytała, zadzierając głowę, by na niego spojrzeć. Słowa były oczywiście kolejnym z przejawów typowo siostrzanej złośliwości.
Oczywiście, jeśli te żarty o kalendarzu, zamieniłyby się w prawdę, to chyba by umarła, gdyby zaprosili Borgina, i to nie tylko przez jej własne, bardzo nieprzyjemne obecnie z nim stosunki, a w dużej mierze dlatego, że nomen omen – historia Stanleya Borgina potwierdziła, że służyli Voldemortowi.
– Och… – powiedziała, przekrzywiając lekko głowę, a pod tymi rozczochranymi włosami już odbywały się różne skomplikowane kalkulacje, na przykład: z kim Erik się tam wybierał. Bo przecież nie sam. I nie z Norą, Nora podczas Lammas miała całą masę pracy. – Postanowiliście wyrwać się na chwilę odpoczynku? Zostaniecie tam dłużej?
To był tylko mały podstęp. Nie żadne wścibstwo, przecież rozmawiali, by uprzedzać, kto gdzie znika i na jak długo – by wiedzieli, że nic się nie stało i w ramach uważania na eliksiry takie jak wielosokowy albo metamorfomagów, prawda? Nic dziwnego, że pytała, i przecież nie wnikała… za głęboko.
– Mam zamiar iść na kiermasz – odparła wymijająco. Że chciała się tam kręcić na wszelki wypadek, i że potem miała nockę w pracy, i w sumie że pewnie zostanie też na większość dnia, już nie zamierzała dodawać. Ani że pójdzie na kiermasz, jeśli wieczorem ona i Heather nie oberwą na Nokturnie, szukając Tymoteusa Salta. – Rozejrzę się, kupię może jakieś prezenty. Nie wiem, o co wam wszystkim chodzi, przecież odpoczywam. Patrz, teraz na przykład, siedzę w fotelu, tak? – zaznaczyła, stukając palcem w ten podłokietnik, którego nie zaanektował jej brat. Oni wszyscy przesadzali. Aż zabrała matce jeden cudowny puder, bo zaczęła mieć wrażenie, że może ma podkrążone oczy albo jest zbyt blada, skoro wszyscy ciągle plotą o tym odpoczynku, jakby naprawdę się przemęczała.
– Jeśli masz ochotę – zgodziła się, powstrzymując wzruszenie ramion. Nie była pewna na ile wierzy w siłę modlitwy. Chyba mało. Te były pocieszeniem dla modlących się, nie chodziło o rezultat, a ona nie musiała szukać pocieszenia w słowach i rytuałach. Ale… za pewnymi stała stara magia, więc cóż, może i nie zaszkodzi. Dźwignęła się więc z fotela, by ruszyć w stronę komody i z jednej z szuflad wyłowić pudełko świec.
– Musisz uważać, konkurencja depcze ci po piętach. Na pewno chcesz podbijać popularność młodszych panów, którzy byli na liście tuż za tobą? Wiesz, niektórzy są całkiem przystojni i mają wiele fanek… – spytała, zadzierając głowę, by na niego spojrzeć. Słowa były oczywiście kolejnym z przejawów typowo siostrzanej złośliwości.
Oczywiście, jeśli te żarty o kalendarzu, zamieniłyby się w prawdę, to chyba by umarła, gdyby zaprosili Borgina, i to nie tylko przez jej własne, bardzo nieprzyjemne obecnie z nim stosunki, a w dużej mierze dlatego, że nomen omen – historia Stanleya Borgina potwierdziła, że służyli Voldemortowi.
– Och… – powiedziała, przekrzywiając lekko głowę, a pod tymi rozczochranymi włosami już odbywały się różne skomplikowane kalkulacje, na przykład: z kim Erik się tam wybierał. Bo przecież nie sam. I nie z Norą, Nora podczas Lammas miała całą masę pracy. – Postanowiliście wyrwać się na chwilę odpoczynku? Zostaniecie tam dłużej?
To był tylko mały podstęp. Nie żadne wścibstwo, przecież rozmawiali, by uprzedzać, kto gdzie znika i na jak długo – by wiedzieli, że nic się nie stało i w ramach uważania na eliksiry takie jak wielosokowy albo metamorfomagów, prawda? Nic dziwnego, że pytała, i przecież nie wnikała… za głęboko.
– Mam zamiar iść na kiermasz – odparła wymijająco. Że chciała się tam kręcić na wszelki wypadek, i że potem miała nockę w pracy, i w sumie że pewnie zostanie też na większość dnia, już nie zamierzała dodawać. Ani że pójdzie na kiermasz, jeśli wieczorem ona i Heather nie oberwą na Nokturnie, szukając Tymoteusa Salta. – Rozejrzę się, kupię może jakieś prezenty. Nie wiem, o co wam wszystkim chodzi, przecież odpoczywam. Patrz, teraz na przykład, siedzę w fotelu, tak? – zaznaczyła, stukając palcem w ten podłokietnik, którego nie zaanektował jej brat. Oni wszyscy przesadzali. Aż zabrała matce jeden cudowny puder, bo zaczęła mieć wrażenie, że może ma podkrążone oczy albo jest zbyt blada, skoro wszyscy ciągle plotą o tym odpoczynku, jakby naprawdę się przemęczała.
– Jeśli masz ochotę – zgodziła się, powstrzymując wzruszenie ramion. Nie była pewna na ile wierzy w siłę modlitwy. Chyba mało. Te były pocieszeniem dla modlących się, nie chodziło o rezultat, a ona nie musiała szukać pocieszenia w słowach i rytuałach. Ale… za pewnymi stała stara magia, więc cóż, może i nie zaszkodzi. Dźwignęła się więc z fotela, by ruszyć w stronę komody i z jednej z szuflad wyłowić pudełko świec.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.