17.06.2024, 11:37 ✶
– Które z nas jest bardziej mokre, Cedrick? – spytała Brenna z odrobiną rozbawienia, ujmując go pod ramię, ani trochę nieprzejęta surowym spojrzeniem. Tych sztuczek próbowali już on, Danielle i nawet Basilius, i nie działały na nią ani odrobinę, poza tym od odrobiny deszczu to ona się nie roztopi, i cóż, jego ubranie było zupełnie przemoknięte pod dotykiem, a jej zaledwie odrobinę wilgotne. – Czasem rano biegam, też w deszczu, jestem zahartowana – zbyła więc go tylko. Robiła to do niedawna trzy czy cztery razy w tygodniu, ale teraz było trochę trudniej: objawienie się Voldemorta wywołało w Ministerstwie pewien chaos, a pierwsze ataki, do jakich dochodziło w ostatnich tygodniach, wydłużały godziny pracy we wszystkich departamentach. Być może też w Mungu, skoro Cedrick wracał z pracy tak późno.
– Nie chciałam jej przeszkadzać.
Zarówno z powodu ruchu w aptece, jak i dlatego, że pytałaby, po co Brenna przyszła, a ona z kolei wolała nie wymyślać żadnych historyjek na użytek pani Lupin. Albo pana Lupina, właściwie nie była w stu procentach pewna, które z nich Cedrick miał teraz na myśli.
– Jeśli jesteś zmęczony, mogę wrócić później – powiedziała jeszcze, zerkając na niego z ukosa, bo nie była pewna, czy Cedrick jest teraz dostatecznie przytomny, aby wyrazić świadomą zgodę na cokolwiek, nawet na pójście na bułeczki z dżemem, nie mówiąc już o zgodzie na udzielanie pomocy podziemnej organizacji. – A jeżeli nie jesteś zbyt zmęczony, to może pogadamy w środku, nie na ulicy?
Sama nie mokła, bo wyczarował parasol, ale już nie zasłonił własnych pleców. Brenna uniosła dłoń i przekrzykiwał nieco wyczarowaną osłonę w jego stronę.
– Bo chodzi właściwie trochę o to, że dla bliskich i przyjaciół dostępny jesteś zawsze – dodała jeszcze, ale środek Pokątnej nie był dobrym miejscem na wdawanie się w szczegóły. Nawet jeżeli pogoda nie sprzyjała teraz przechadzkom, wciąż po okolicy przewijali się ludzie i klienci aptek, a Brenna zaczynała powoli się uczyć, że ściany mają uszy.
– Nie chciałam jej przeszkadzać.
Zarówno z powodu ruchu w aptece, jak i dlatego, że pytałaby, po co Brenna przyszła, a ona z kolei wolała nie wymyślać żadnych historyjek na użytek pani Lupin. Albo pana Lupina, właściwie nie była w stu procentach pewna, które z nich Cedrick miał teraz na myśli.
– Jeśli jesteś zmęczony, mogę wrócić później – powiedziała jeszcze, zerkając na niego z ukosa, bo nie była pewna, czy Cedrick jest teraz dostatecznie przytomny, aby wyrazić świadomą zgodę na cokolwiek, nawet na pójście na bułeczki z dżemem, nie mówiąc już o zgodzie na udzielanie pomocy podziemnej organizacji. – A jeżeli nie jesteś zbyt zmęczony, to może pogadamy w środku, nie na ulicy?
Sama nie mokła, bo wyczarował parasol, ale już nie zasłonił własnych pleców. Brenna uniosła dłoń i przekrzykiwał nieco wyczarowaną osłonę w jego stronę.
– Bo chodzi właściwie trochę o to, że dla bliskich i przyjaciół dostępny jesteś zawsze – dodała jeszcze, ale środek Pokątnej nie był dobrym miejscem na wdawanie się w szczegóły. Nawet jeżeli pogoda nie sprzyjała teraz przechadzkom, wciąż po okolicy przewijali się ludzie i klienci aptek, a Brenna zaczynała powoli się uczyć, że ściany mają uszy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.