17.06.2024, 12:38 ✶
Czar mężczyzny uderzył w tarczę, wyczarowaną przez Jonathana, i znikł w niebycie. Ledwo chwilę później zaklęcie rzucone przez Selwyna chwyciło mężczyznę w swoje szpony: zaledwie na kilka sekund, ale to wystarczyło, aby zamarł, nie sięgając po różdżkę. Klęczał teraz na błocie, przez chwilę zupełnie nieruchomy, co dawało im dość czasu na reakcję. W tej chwili Jonathan bez większych problemów mógł go spętać, a później mogli zgłosić do ministerstwa próbę napaści. Schwytany jegomość nie miał maski ani płaszcza: oni mieli mocne powody podejrzewać, że była to napaść zaplanowana przez popleczników Voldemorta, może nawet test na dołączenie do szeregów, ale niewykluczone, że ostatecznie w BUM zaklasyfikują to po prostu jako zwykły napad na pannę Avers. Bo dzięki nim nie stało się jej nic poważnego.
Millie przemknęła obok niego. Może nie jak strzała, bo było ślisko, potknęła się raz i omal nie wyrżnęła na twarz (to byłaby dopiero tragedia, zepsułaby sobie pewnie fryzurę i ujawniła światu, że pod starannie spiętym kokiem krył się… kaktus), ale całkiem sprawnie. Była lepiej wyćwiczona niż Clara Avers, zdołała więc najpierw zbliżyć się na tyle, by móc otoczyć ją tarczą, a chwilę później dogonić kobietę – akurat w chwili, kiedy ta dopadła jednej z bram kamienic i zaczęła w panice w nią walić. Avers lewą ręką uderzała o bramę, prawą dobyła różdżki, ale sądząc po tym, jak bardzo drżała jej dłoń, nie było mowy, aby faktycznie zaatakowała Millie.
– J…jeśli… tak… daj mi tu wejść! Mieszka… tu moja znajoma – wyrzuciła z siebie, z pewnym trudem, bo i zadyszka po biegu, i chłód, i strach, utrudniały jej składanie zdań.
Gdzieś z tyłu przypadkowy przechodzień, który wcześniej otoczył się tarczą, rzucił się do ucieczki i znikł pośród alejek.
Millie przemknęła obok niego. Może nie jak strzała, bo było ślisko, potknęła się raz i omal nie wyrżnęła na twarz (to byłaby dopiero tragedia, zepsułaby sobie pewnie fryzurę i ujawniła światu, że pod starannie spiętym kokiem krył się… kaktus), ale całkiem sprawnie. Była lepiej wyćwiczona niż Clara Avers, zdołała więc najpierw zbliżyć się na tyle, by móc otoczyć ją tarczą, a chwilę później dogonić kobietę – akurat w chwili, kiedy ta dopadła jednej z bram kamienic i zaczęła w panice w nią walić. Avers lewą ręką uderzała o bramę, prawą dobyła różdżki, ale sądząc po tym, jak bardzo drżała jej dłoń, nie było mowy, aby faktycznie zaatakowała Millie.
– J…jeśli… tak… daj mi tu wejść! Mieszka… tu moja znajoma – wyrzuciła z siebie, z pewnym trudem, bo i zadyszka po biegu, i chłód, i strach, utrudniały jej składanie zdań.
Gdzieś z tyłu przypadkowy przechodzień, który wcześniej otoczył się tarczą, rzucił się do ucieczki i znikł pośród alejek.