Norka wpatrywała się w Sauriela tymi swoimi zielonymi oczami jak w obrazek, bo miała i ona w sobie coś kociego - te ślepia. Błyszczały jej one radośnie. Nie dało się nie zauważyć, że przestało jej towarzyszyć to dziwne spięcie, które pojawiło się, kiedy dostrzegła go w cukierni. Niby sama do niego napisała, niby się spodziewała, że się tu pojawi, choć może, tak właściwie to wcale nie. W końcu minęło tyle lat, nie odzywała się do niego od dawna, mogło to zabrzmieć dosyć egoistycznie, że pisze do niego z przysługą, dlatego też nieco się wahała, bo nie była raczej tą osobą, która o coś prosi. Nie mogła się jednak powstrzymać, chciała znowu usłyszeć jak gra, może chciała zobaczyć, czy żyje, a powód otwarcia cukierni wydał się jej być wystarczający, aby się do niego odezwać. Szczególnie, że wreszcie wylądowała w Londynie, nie musiała już dłużej mieszkać z rodzicami. Mogła wziąć głęboki oddech, poczuć choć trochę wolności i samodzielności, której od tak dawna pragnęła. Stojący przed nią Sauriel zawsze wydawał się jej być uosobieniem wolności, odkąd pamiętała chodził własnymi ścieżkami, robił zawsze to na co miał ochotę, nic go nie obchodziło, czy nie powodowało to, że wydawał się jej być odpowiednim kompanem do poznania smaku tego uczucia? Dokładnie tak było. Miał w sobie coś zakazanego, co zawsze zwracało jej uwagę, potrafiła jednak trzymać się pewnych granic, nie przekraczać ich, czy nadal miała w sobie wystarczająco silną wolę? Oby tak było, bo zapomniała, jak bardzo czarujący potrafi być w tym wszystkim.
- Choćbym chciała ukryć cokolwiek, wiem, że to się nie uda, ze mnie zawsze można czytać niczym z otwartej księgi.- i zdawała sobie z tego sprawę. Nigdy nie była stworzona do intryg, nie znosiła manipulacji. Była czysta niczym łza, nie kryła się z tym. Norka należała do tych niewielu osób, które były zupełnie niewinne, tak niewinne, że mogło się to wydawać czymś zupełnie nieprawdziwym. Mało kto mógł uwierzyć w to, że istnieją osoby po prostu dobre, życzące wszystkim dookoła dobrze. Od zawsze taka była - nigdy nie odnawiała pomocy, czy chodziło o zadanie domowe, ucieczkę z lekcji, czy o stworzenie eliksirów. Nie pytała, wydawało się, że skoro już ktoś tego potrzebuje to ma swój powód, który nie powinien ją obchodzić. Czy sama czasem dostała przez to po dupie? Bywało i tak, ale jak się ma miękkie serce, to dupa musi być twarda. Panna Figg bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę.
Dostrzegła uśmiech na twarzy Czarnego Kota. Wydał się jej być szczery, spowodowało to tylko i wyłącznie to, że jej twarz rozpromieniła się jeszcze bardziej. Coraz mniej ją obchodziło, że może ją wziąć za głupią trzpiotkę, choć może trochę siebie nie poznawała w tej całej konwersacji, to zdecydowanie czuła że żyje, te rumieńce, ten dziwny kontekst tej całej rozmowy. Brakowało jej tego luzu przez te ostatnie lata.
Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia. Nieomal zakrztusiła się zawartością swojej szklanki, kiedy usłyszała o wyobrażeniu, jakim się z nią podzielił. Gromadka dzieci, mąż, dom... Może jeszcze pies do tego, zasadzone drzewo w ogrodzie i co tam jeszcze powinno być? - Trochę Cię rozczaruję. Mieszkam na tyłach tej kawiarni, może kiedyś, jak ta kawiarnia zrobi furorę dorobię się domu, liczę na to, że Twoje występy mi w tym pomogą. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. - Męża też nie mam, jakoś nie znalazł się żaden taki, który byłby zainteresowany, a gromadka dzieci, gdzie bym je wszystkie tutaj zmieściła? No i też nie miałabym ich sobie z kim zrobić.- Czy powinna mu wspomnieć o Mabel, o swojej jedynej córce? Zastanawiała się, czy jest to odpowiedni moment, w końcu jeśli będzie tu bywał to prędzej, czy później się o niej dowie. Czy jednak coś to zmieniało w tym momencie? Nie, może więc lepiej zostawić tę rozmowę tak lekką, jaką była od samego początku. Nie chciała, żeby zaczął patrzeć na nią z litości, traktować jakby spieprzyła sobie swoje życie.
- Masz rację, starczy, bo przywyknę, i co wtedy? Jeszcze spotka mnie zawód i sobie biedna z tym nie poradzę Czarny Kocie.- Miała świadomość, że Rookwood nie jest podobny do ich gadających kotów, które były stworzone, żeby im służyć. Mimo wszystko, jednak gdzieś w głębi duszy czuła, że go rozumie, że wie, w jaki sposób z nim rozmawiać, mimo, że są tak różni. Miała chyba do niego jakąś słabość, pomimo tych kilku lat, kiedy nie zamienili ze sobą ani słowa. Wcale nie czuła, że są sobie obcy, wręcz zupełnie przeciwnie.
- Tak naprawdę to po prostu, chodziło mi o to, że wiesz, czasami, żeby poczuć, że się żyje, szczególnie w momencie takiej dziwnej, życiowej stagnacji trzeba zrobić coś złego, może złego nie jest to odpowiednie słowo, czegoś silnego, co spowoduje, że znowu poczujesz, że żyjesz. Coś, czego byś nigdy się po sobie nie spodziewał. - Spoważniała nieco przez moment i zamyśliła się na chwilę. Miała nadzieję, że zrozumiał o co jej chodzi, choć może jej tłumaczenie było raczej nie do końca dokładne, jednak nie umiała ubrać tego inaczej w słowa.
- Mam nadzieję, że poza brakiem straty coś zyskasz, w końcu brak straty to taki średni argument, liczy się zysk.- Prawdziwa się z niej zrobiła przedsiębiorczyni. W końcu sprowadziła go tu nie bez powodu, liczyła na to, że dzięki niemu pojawi się tutaj więcej klientów, że pomoże jej rozkręcić nocne życie tego miejsca, nie znała osoby, która by się do tego bardziej nadawała, czy wypadało porozmawiać o zapłacie? W końcu wiedziała, że nie ma nic za darmo, zresztą nie oczekiwała tego. - Właściwie, to chyba idealny moment, aby porozmawiać o zapłacie. Jakie są koszta Twoich usług mój drogi? - Figg dopiła zawartość swojej szklanki, czekała na odpowiedź mężczyzny lustrując go wzrokiem. - Nie wiem nawet, czy mnie na Ciebie stać, może od tego powinnam zacząć negocjacje.- Uśmiech jednak nadal nie schodził jej z twarzy, bo czuła, w głębi duszy czuła, że będzie się tutaj pojawiał. - Nic nie dzieje się bez przyczyny, lubię koty, nie da się tego ukryć, mam wrażenie, że i one lubią mnie.- Może dość odważne do było stwierdzenie, nie bała się jednak powiedzieć go na głos.