Irytacja szarpnęła go mocniej za strunę cierpliwości, a przecież tej miał zawsze dużo. Więc czemu, dlaczego Flynn ją tak sprawnie wykorzystywał? Szarpał? Chciał tego tak bardzo, czy może to on sam w zasadzie przyczyniał się do tego rzucając komentarze, które wiedział, że go zranią? Tak, zranią, ale to była czysta prawda! Skoro nie mógł trzymać mydlanej bańki i siebie oraz jego w niej, bo on dobrowolnie ją rozbijał przez Fontaine, to nie zamierzał kontynuować maskarady. Maski w dół, poznajmy prawdę, której ludzie tak nienawidzili! Ludzie kochali kłamstwa. Byli do nich stworzeni. Do subtelności, do wszystkich "och" i "ach", słodkiego "dzień dobry", chociaż ktoś ci życzy, żebyś kurwa zdechł w głębi duszy. Uszy Flynna nie były przystosowane do słuchania tej prawdy tak samo. Zaraz wpadnie pewnie w jakieś tantrum, albo zacznie się rzucać jak wściekły wilk. Trudno. Mógł wrócić do domu i ochłonąć.
- Psem. Adekwatnie do twojego zachowania. - Powtórzył więc bezlitośnie i podkreślił, że nie było to wyzwisko, w jego mniemaniu, nad wyrost. Było całkowicie adekwatne do jego zachowania. Jedyne, co mu przeszkadzało, to fakt zadanych ran. To słowo już zawsze pozostanie na jego ustach i już nigdy nie będzie punktu, w którym istniał świat bez chwili, w której go tak obraził. W której tę prawdę mu wyrzygał i jeszcze przy okazji Fontaine zrobiła mu przysługę, że miała całkowicie to w dupie. - Przejrzyj wreszcie na oczy, jak ona cię traktuje, a jak ty do niej lecisz na każde zawołanie. - Słychać było w jego głosie, że jest napięty, bo on był zdenerwowany. Dbał o to, żeby nie brzmiał w tym chłód, jaki odczuwał - Flynn zawsze wolał ciepło, nawet jeśli był to gorąc nienawiści czy gniewu. Zimno i dystans? Nie. Więc temu nie pozwalał wypełznąć ze swojego wnętrza.
Zatrzymał się, kiedy usłyszał, że kroki Flynna nie towarzyszą już jego krokom, a dla szczęku sprzączek nie ma podkładki szelestu drogiego materiału. Skierował na niego uważne spojrzenie szarych oczu.
- Wiesz tylko tyle, ile sam sobie dopowiesz w tych poplątanych i niezdrowo wypaczonych myślach. - Wiedział, że jego życie nie było usłane różami. Wiedział, że ten świat go skrzywdził, że wiele przecierpiał, że szarpał się o własne życie i nie był obojętny przez to na życie innych. Chciał dobrze, chciał uszczęśliwiać, chciał też kochać i być kochanym. Ale - żeby tak arogancko mówił, że on wie? Nie wiedział. Nie wiedział nawet do końca, zdaniem Bletchleya, co się dzieje w jego własnym umyśle, a co dopiero w umysłach innych! Jego pragnienie poznania było ograniczone jego przekonaniami i urojeniami. - Dopowiadasz sobie myśli, zamiast pytać, wolisz "wiedzieć". - Stał tutaj wyprostowany, spoglądając na niego surowo, ale nie oceniająco. Ciągle tak samo uważnie. Jakby miał mu teraz udzielić ważnej lekcji życiowej. - Dałeś mi "więcej" i sądzisz, że to wystarczy? "Więcej"? - Czyli ile? Ile to było dla niego "więcej"? Cain znał odpowiedź na to pytanie, ale jednocześnie uważał, że Flynn sam się gubił w tym, ile to "wszystko", ile to "więcej" a ile to "wystarczająco". Pomijając oczywistości, że z jedną osobą możesz się przespać, z drugą wiąże cię emocjonalna więź. - Dałeś mi też rozpacz i samotność. Nie zasłaniaj się porównywaniem mnie do innych twoich kochanków, bo twoje emocjonalne szantaże na mnie nie działają. - A może Flynn sobie nawet nie zdawał sprawy, że to właśnie robi? - Stwierdzenie przykrego faktu jest obrazą i przykro mi, że muszę ją stosować, ale najwyraźniej bez tego nigdy się nie obudzisz i nie przestaniesz oszukiwać. Ona cię rani, a ty się dajesz ranić. W porządku. Jeśli chcesz żyć w takim układzie to chyba jesteś świadom, że dla kogoś nie ma miejsca w twoich umizgiwaniach. - W tej... okropnej scenerii. Jakby był tylko dodatkiem do jego życia. - Widziałeś na własne oczy. Jako czarodziej wiesz najlepiej, że rzeczy nie zawsze są takimi, jakimi się wydają. - I on sam, rzeczywiście, wiele wiedział o pozorach. - Kocham cię, Fleamoncie i to się nigdy nie zmieni. Ale im dłużej będziesz z tą szmatą, która cię rani, tym dalej będę ja. - A może pewnego dnia jej nie będzie wcale, bo znajdą ją z rozciętym brzuchem od miecza.