17.06.2024, 15:10 ✶
Widać po nim było, jak traci swoje kruche opanowanie. Na szorstkość odpowiadał szorstkością, smukłe palce uderzały o kamienny parapet w coraz szybszym i chaotycznym rytmie. Tak długo jak nie ustępował Cain, tak długo nie ustępował i on. Słuchał go, wzdrygając się, marszcząc nos, zasłaniając się przed światem za kruczoczarnymi falami. Ktoś, kto go nie znał, pomyślałby pewnie, że może i jest zirytowany, ale jeszcze nie tak zły, żeby zacząć obawiać się wybuchu, ale... ten wybuch zaraz nadejdzie. Każde słowo było zbrojeniem się, prowadziło go ku czemuś, czego zaraz pożałuje. Ten cholerny wiedźmin pewnie też, bo kiedy tylko jego parszywy but opuści ten budynek, nagromadzona ze wściekłości energia pieprznie go piorunem.
Zrobiło się ciemno, bo zbierały się nad nimi ciemne jak diabli chmury.
- Taak, to z pewnością mi zależy na tym, żeby wszystko wiedzieć. No to słucham. Jak ona mnie traktuje o panie wcale-nie-wszechwiedzący, co w przeciwieństwie do przebrzydłej Fontaine jest do rany przyłóż? - Przecież on naprawdę był uparty jak osioł. Wszystko wiedział lepiej, bo się tak wspaniale na tym znał, zasrany pan specjalista. Crow już teraz wiedział jak zginie - od durnego ciosu mieczem w plecy - i niezależnie od tego jak szlachetnego czynu się podejmie, jego śmierć będzie wyglądała zwyczajnie... głupio. Przynajmniej w świetle tego na jak ostrożnego próbował się kreować. - Przyznałem ci właśnie, żeś dla mnie najważniejszy na świecie - a jemu takie słowa przychodziły z trudem - ty od razu bierzesz to do siebie w taki sposób.... Dalej, nazwij mnie kurwą, to słowo tak dobrze pasuje do twoich ust. - Słyszał je wielokrotnie. Oczywiście miało inny wydźwięk, niż teraz sugerował, stanowiło wręcz komplement wykrzykiwany w stanie największego podniecenia, ale... było tam. A skoro tam było, to mógł je wykorzystać. Tak jak potrafił wykorzystać wiele innych rzeczy, żeby utrzeć mu nosa, przypomnieć o większym zaplątaniu tej historii. - Wystarczy do czego... żebyś się mnie nie wstydził? Skoro mnie kochasz, to mnie uznaj. Ludzie by o nas mówili, że ja jestem twoim czarownikiem, a ty jesteś moim wiedźminem. Z tobą by mnie kojarzyli, z nikim innym, a inni niech się dławią zawiścią. - Teraz się do niego odwrócił. Stał przy tym oknie, z zadartym podbródkiem i miną niewyrażającą absolutnie nic. Był spokojny jak wulkan przed wybuchem, ale tam w środku toczyła się właśnie wielka walka. Pod czaszką zbierały mu się kłęby dymu, chciały się już wydostać, a on chciał na niego wrzasnąć, drzeć się, walić w niego pięściami i wyzywać za to, że był taki, siaki i owaki, ale musiał przecież wytrzymać - przynajmniej do sekundy, w której wiedźminowi uda się to przetrawić i odpowie mu albo odejdzie.
Zrobiło się ciemno, bo zbierały się nad nimi ciemne jak diabli chmury.
- Taak, to z pewnością mi zależy na tym, żeby wszystko wiedzieć. No to słucham. Jak ona mnie traktuje o panie wcale-nie-wszechwiedzący, co w przeciwieństwie do przebrzydłej Fontaine jest do rany przyłóż? - Przecież on naprawdę był uparty jak osioł. Wszystko wiedział lepiej, bo się tak wspaniale na tym znał, zasrany pan specjalista. Crow już teraz wiedział jak zginie - od durnego ciosu mieczem w plecy - i niezależnie od tego jak szlachetnego czynu się podejmie, jego śmierć będzie wyglądała zwyczajnie... głupio. Przynajmniej w świetle tego na jak ostrożnego próbował się kreować. - Przyznałem ci właśnie, żeś dla mnie najważniejszy na świecie - a jemu takie słowa przychodziły z trudem - ty od razu bierzesz to do siebie w taki sposób.... Dalej, nazwij mnie kurwą, to słowo tak dobrze pasuje do twoich ust. - Słyszał je wielokrotnie. Oczywiście miało inny wydźwięk, niż teraz sugerował, stanowiło wręcz komplement wykrzykiwany w stanie największego podniecenia, ale... było tam. A skoro tam było, to mógł je wykorzystać. Tak jak potrafił wykorzystać wiele innych rzeczy, żeby utrzeć mu nosa, przypomnieć o większym zaplątaniu tej historii. - Wystarczy do czego... żebyś się mnie nie wstydził? Skoro mnie kochasz, to mnie uznaj. Ludzie by o nas mówili, że ja jestem twoim czarownikiem, a ty jesteś moim wiedźminem. Z tobą by mnie kojarzyli, z nikim innym, a inni niech się dławią zawiścią. - Teraz się do niego odwrócił. Stał przy tym oknie, z zadartym podbródkiem i miną niewyrażającą absolutnie nic. Był spokojny jak wulkan przed wybuchem, ale tam w środku toczyła się właśnie wielka walka. Pod czaszką zbierały mu się kłęby dymu, chciały się już wydostać, a on chciał na niego wrzasnąć, drzeć się, walić w niego pięściami i wyzywać za to, że był taki, siaki i owaki, ale musiał przecież wytrzymać - przynajmniej do sekundy, w której wiedźminowi uda się to przetrawić i odpowie mu albo odejdzie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.