17.06.2024, 19:56 ✶
Magia bywała w takich momentach zdradliwa, a on nie potrafił grać. Cały ten trud włożony w zachowanie twarzy na nic się zdał - już po kilku sekundach dało się z niego czytać jak z otwartej książki. Nie musiał mienić się czerwienią swojej aury - wystarczyło zajrzeć w ciemne oczy, w których płonął teraz ogień, albo odetchnąć naelektryzowanym powietrzem, albo... Spędzić z nim tyle czasu ile spędził z nim ten wiedźmin. Wiedzieć, dlaczego robi teraz tę swoją minę, co zwiastuje głęboki wdech, połączony ze złączeniem ze sobą krzaczastych brwi - zaraz będzie się darł. Lont już czekał, rozłożony na ziemi, owijał się wokół ich dwójki jak te jego cholerne nitki, wystarczyła mu tylko iskra i już, ale on tej iskry nie dostał. Cain znowu zignorował kompletnie zadane pytania, nie kontynuował słownej przepychanki - w pierwszej chwili Flynn nie wiedział co zrobić żeby rozładować to co się w nim nagromadziło i całkowicie poważnie rozważał wybicie pięścią najbliżej znajdującej się szybki. Ale później jakieś słowo próbowało przebić się do niego przez tę gęstą atmosferę i aż sapnął szykując się na absolutnie najgorsze. Dobrze. Brzmiało to jakby miał mu zaraz wyjaśnić krok po kroku co o tym wszystkim sądził, wcale nie jak zgoda - przecież on do siebie wizji zgody wcale nie dopuszczał, nastawiał się na walkę z wymówką, albo możliwość zbycia go szaleńczym rechotem, na pewno nie na skrócenie dystansu pomiędzy nimi i pocałunek. Nie na dostanie tego czego chciał, chociaż znowu wymuszał to w bardzo nieelegancki sposób.
Pierwszą reakcją jaką otrzymał wiedźmin była więc cisza. Nawet drzewa na zewnątrz przestały się kołysać, a jeszcze sekundy temu uginały się od wiatru znoszącego tu tę burzę, jaka między nimi zawisła. Tej ciszy nie przerywał już nawet jego oddech - właściwie to Flynn zapomniał oddychać - trwał zawieszony w czasie i przestrzeni i najwyraźniej nie dowierzał, że to mogłoby być takie proste. Mieć dla siebie. Tego uparciucha, który zawsze chciał żyć według swoich zasad. Był całkowicie zbity z tropu, jedynym co ściągnęło go na ziemię, żeby nie spędził na rozważaniach we własnym łbie kilku godzin stały się te emocje - wciąż czuł się wzburzony, serce waliło mu jak młot i w końcu pękł, ale wcale nie tak jak planował pęknąć. Złapał wiedźmina za paski trzymające te jego przeklęte miecze, przyciągnął do siebie, a później zaczął się z nimi szarpać. Szarpał go za te paski, następnie za koszulę, uderzał otwartymi dłońmi o jego barki. Chaotycznie, bez motywacji do wyrządzenia mu krzywdy - zwyczajnie nie mógł już wystać w miejscu, to biodro za które Cain go trzymał drżało, zresztą tak jak i reszta jego ciała. Musiał zrobić coś, cokolwiek, ale nie potrafiłby go teraz odepchnąć.
- Jeśli... - zaczął, ale poczuł jak zdanie przerywa mu cichy szloch. Z oczu polały mi się łzy, mniej-więcej w tym momencie, w którym z nieba zaczęły kropić pierwsze krople deszczu. - Jeśli mnie teraz oszukujesz, nigdy ci tego nie wybaczę. - Otarł twarz rękawem i owinął ręce wokół szyi Caina. Teraz już oddychał, ale ciężko, przez fale emocji zalewające go teraz z każdej strony. Znowu topił się w tym co czuł. Nienawidził tego imienia. Nadali mu je ludzie, którzy go porzucili, dlatego w Aretuzie nadał sobie nowe, lepsze, jego. Ale jeżeli przy tym imieniu mogło pojawić się jego nazwisko... Znów chciał coś powiedzieć, na nic się jednak zdały te próby. Pocałował go więc. Wargami tak delikatnymi jak zawsze, ale w sposób tak zachłanny i natarczywy, jak to tylko on potrafił - wcale się w tym nie oszczędzał.
Pierwszą reakcją jaką otrzymał wiedźmin była więc cisza. Nawet drzewa na zewnątrz przestały się kołysać, a jeszcze sekundy temu uginały się od wiatru znoszącego tu tę burzę, jaka między nimi zawisła. Tej ciszy nie przerywał już nawet jego oddech - właściwie to Flynn zapomniał oddychać - trwał zawieszony w czasie i przestrzeni i najwyraźniej nie dowierzał, że to mogłoby być takie proste. Mieć dla siebie. Tego uparciucha, który zawsze chciał żyć według swoich zasad. Był całkowicie zbity z tropu, jedynym co ściągnęło go na ziemię, żeby nie spędził na rozważaniach we własnym łbie kilku godzin stały się te emocje - wciąż czuł się wzburzony, serce waliło mu jak młot i w końcu pękł, ale wcale nie tak jak planował pęknąć. Złapał wiedźmina za paski trzymające te jego przeklęte miecze, przyciągnął do siebie, a później zaczął się z nimi szarpać. Szarpał go za te paski, następnie za koszulę, uderzał otwartymi dłońmi o jego barki. Chaotycznie, bez motywacji do wyrządzenia mu krzywdy - zwyczajnie nie mógł już wystać w miejscu, to biodro za które Cain go trzymał drżało, zresztą tak jak i reszta jego ciała. Musiał zrobić coś, cokolwiek, ale nie potrafiłby go teraz odepchnąć.
- Jeśli... - zaczął, ale poczuł jak zdanie przerywa mu cichy szloch. Z oczu polały mi się łzy, mniej-więcej w tym momencie, w którym z nieba zaczęły kropić pierwsze krople deszczu. - Jeśli mnie teraz oszukujesz, nigdy ci tego nie wybaczę. - Otarł twarz rękawem i owinął ręce wokół szyi Caina. Teraz już oddychał, ale ciężko, przez fale emocji zalewające go teraz z każdej strony. Znowu topił się w tym co czuł. Nienawidził tego imienia. Nadali mu je ludzie, którzy go porzucili, dlatego w Aretuzie nadał sobie nowe, lepsze, jego. Ale jeżeli przy tym imieniu mogło pojawić się jego nazwisko... Znów chciał coś powiedzieć, na nic się jednak zdały te próby. Pocałował go więc. Wargami tak delikatnymi jak zawsze, ale w sposób tak zachłanny i natarczywy, jak to tylko on potrafił - wcale się w tym nie oszczędzał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.