18.06.2024, 00:50 ✶
Uśmiechnął się na jej słowa. Oboje byli tak samo skromni, jak dyskretne było cwałujące ciele i każdy kto ich znał chociaż trochę lepiej doskonale o tym wiedział.
– Obawiam się, że nikt taki nie przychodzi mi na myśl. A przynajmniej nikt kogo takie strasznie ujdzie nam na sucho. Chociaż może... – zamyślił się na chwilę. – Nie. Chyba jednak nie.
Zerknął na nią rozbawiony. Charlotte miała absolutnie wspaniałe dzieci i w każdym z nich widział chociaż odrobinę jej charakteru. Może jednak rzeczywiście wrzechświat wiedział co robił, stawiając jej na drodze pewnego mugolaka i geny Neda zadziałały jako pewien katalizator, który uchronił świat przed trzema kopiami siejącej postrach Puchonki.
– Myślę, że i tak wdały się w ciebie na tyle, by świat ich nie przygniótł – powiedział, delektując się kolejnym łykiem szampana, wyraźnie nad czymś zamyślony. – Z drugiej strony nigdy nie byłaś swoją matką, więc nie miały po co być takim koszmarem.
Po ucieczce Charlotte usłyszał zarówno od swoich niedoszłych teściów, jak i rodziców, że mają nadzieję, że jego przyszłe dzieci wdadzą się w niego i kiedyś urządzą mu dokładnie to samo, co on i Lottie urządzili im. Z tym, że gdyby miał mieć kiedyś dzieci, w co raczej zaczynał powątpiewać patrząc na to, że jego ostatni poważny związek był z nistabilnym panem wampirem, nigdy nie zmusiłby ich do małżeństwa, ani nie wydziedziczył za ślub z mugolakiem, więc "karma" tutaj nie miała jak do niego wrócić.
Wywrócił oczami.
– Kiedyś jeszcze pokaże ci sztukę, która dotknie twą zimną duszę, Lottie. Zobaczysz – zapewnił ją pewny siebie, nawet jeśli ta pewność siebie nie miała żadnego pokrycia w rzeczywistości. A jednak, co by nie mówić o jej zimnej duszy, to ona właśnie skutecznie blokowała wspomnienia o chłodzie, który niósł ze sobą ktoś inny. Jonathan dopił kieliszek do końca.
– Hm... – mruknął zapadając się głębiej w fotelu. – Ja chyba też nie. Dziesięć lat brzmiałoby miło, ale... – Dziesięć lat temu był jeszcze ambasadorem we Francji. Dziesięć lat temu... – Ale tylko z wyglądu. Nie ma co się cofać w czasie. To byłoby strasznie nudne. Lepiej wyczekiwać tego co jeszcze nieodkryte.
– Obawiam się, że nikt taki nie przychodzi mi na myśl. A przynajmniej nikt kogo takie strasznie ujdzie nam na sucho. Chociaż może... – zamyślił się na chwilę. – Nie. Chyba jednak nie.
Zerknął na nią rozbawiony. Charlotte miała absolutnie wspaniałe dzieci i w każdym z nich widział chociaż odrobinę jej charakteru. Może jednak rzeczywiście wrzechświat wiedział co robił, stawiając jej na drodze pewnego mugolaka i geny Neda zadziałały jako pewien katalizator, który uchronił świat przed trzema kopiami siejącej postrach Puchonki.
– Myślę, że i tak wdały się w ciebie na tyle, by świat ich nie przygniótł – powiedział, delektując się kolejnym łykiem szampana, wyraźnie nad czymś zamyślony. – Z drugiej strony nigdy nie byłaś swoją matką, więc nie miały po co być takim koszmarem.
Po ucieczce Charlotte usłyszał zarówno od swoich niedoszłych teściów, jak i rodziców, że mają nadzieję, że jego przyszłe dzieci wdadzą się w niego i kiedyś urządzą mu dokładnie to samo, co on i Lottie urządzili im. Z tym, że gdyby miał mieć kiedyś dzieci, w co raczej zaczynał powątpiewać patrząc na to, że jego ostatni poważny związek był z nistabilnym panem wampirem, nigdy nie zmusiłby ich do małżeństwa, ani nie wydziedziczył za ślub z mugolakiem, więc "karma" tutaj nie miała jak do niego wrócić.
Wywrócił oczami.
– Kiedyś jeszcze pokaże ci sztukę, która dotknie twą zimną duszę, Lottie. Zobaczysz – zapewnił ją pewny siebie, nawet jeśli ta pewność siebie nie miała żadnego pokrycia w rzeczywistości. A jednak, co by nie mówić o jej zimnej duszy, to ona właśnie skutecznie blokowała wspomnienia o chłodzie, który niósł ze sobą ktoś inny. Jonathan dopił kieliszek do końca.
– Hm... – mruknął zapadając się głębiej w fotelu. – Ja chyba też nie. Dziesięć lat brzmiałoby miło, ale... – Dziesięć lat temu był jeszcze ambasadorem we Francji. Dziesięć lat temu... – Ale tylko z wyglądu. Nie ma co się cofać w czasie. To byłoby strasznie nudne. Lepiej wyczekiwać tego co jeszcze nieodkryte.