18.06.2024, 16:17 ✶
Alexander, klęczący cały czas przy Ambrosii, czuł się trochę jak wiekowy profesor, który wywołał nieuważną uczennicę do odpowiedzi: najpierw z grobowym spokojem obserwował absurdalną pantomimę szurania notatkami, potem w ciszy wysłuchał słów dziewczyny, zachowując chłodne opanowanie nawet wtedy, gdy końcówka jej wypowiedzi utonęła w przeraźliwym kwiku - ni to pensjonarki, ni to prosięcia. Zastanawiał się przez chwilę, jak brzmiałby krzyk Mildred. Ona by nie uciekła. Ale Mildred gniła gdzieś pod ziemią, tak jak powinny to robić zdążające w ich stronę trupy.
Alexander zachował profesjonalizm. Na wieść o zbliżającym się zagrożeniu ogarnął go przedziwny spokój: zniknęła wcześniejsza niepewność, ruchy na powrót nabrały sprężystości. Nie przerażała go konfrontacja z nieumarłymi. Poniekąd jej wyczekiwał, od kiedy tylko usłyszał o żywych trupach.
Z wyraźnym ociąganiem zabrał rękę z pleców Ambrosii, niechętnie rozstając się z jej ciepłem. Bez słowa wsunął w dłoń kobiety swój ochronny pierścień z romskim rytem, i podniósł się na nogi. Duchy, zjawy, aparycje i wszelkiego rodzaju aberracje limbo były domeną McKinnon, więc skoro mówiła, że Triona była mugolką, to Triona była mugolką: ktoś inny musiał nałożyć na Windermere chroniącą je klątwę. Pamiętał treść znalezionej wcześniej notatki. Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki. Tylko kto?
- Szkoda, że nie zarżnął świni na ofiarę. - W znudzonym głosie Alexandra przebrzmiała nuta pogardy. - Od ręki uratowalibyśmy Windermere.
Mulciber był złym człowiekiem, ale nie mówił przecież poważnie. Nie oczekiwał od dziewczynki, że przeciwstawi się nieumarłym. Liczył tylko na odrobinę rozsądku. Nie chciał potem tłumaczyć się Bulstrode'owi z martwych cywili.
Potwierdził skinieniem głowy, że zrozumiał dyspozycje Morpheusa. To przecież potrafił. Zabijać. Wymownie popatrzył na nogę Longbottoma, kiedy mijał go, by zbadać wytrzymałość ściany grobowca. Do tańca się teraz może nie nadawał, ale w walce sobie poradzi. Mulciber miał nadzieję, że pośród roślin nie skrywała się żadna rozpadlina, z której mogliby wychnąć kolejni nieumarli.
- Kukła to obiektywnie ofiara jeszcze gorsza od mugolki, ale może cykliczny rytuał wystarczał, by zasilić magię Windermere - rzucił przez ramię, skupiony na oglądaniu brzegów ziemskiego nasypu. Osuwisko było niestabilne: przydałoby się umocnić zbocze, zwłaszcza, że nie wiedzieli, czy w ich stronę podąża horda, czy tylko kilku nieumarłych. Alexander spróbował spojrzeć dalej, w przyszłość, by zorientować się, z jak wieloma inferiusami mogą mieć do czynienia.
na percepcję (4k)
- Bagshot zaznaczył na mapie ten zagajnik. Może znalazł też inne punkty spustowe fioletowego czaru ochronnego. Amplifikatory, które tak jak kości Triony stabilizowałyby przepływ energii. - Kto je tu umieścił? Przed czym miały chronić to miejsce? Jak wielka była ich moc? - Ciekawe, czy nieumarli są przyczyną jej zaburzeń - ofiarami złowieszczych machinacji kogoś, kogo chce zapanować nad Windermere - czy efektem ubocznym zbeszczeszczenia starych miejsc kultu. Bo czarna energia spowijała z kolei jezioro. Żywe trupy to te zaginione topielce?
Popatrzył na Ambrosię, jak gdyby we trójkę prowadzili przyjacielską dysputę na tematy okołonaukowe, ale ona, zamiast dorzucić swoje trzy knuty do ich dywagacji, obrała własny plan działania.
Śmiech Mulcibera był rzadkim zjawiskiem: rozbił się o ściany kurhanu, i zaplątał pośród bujnej roślinności, nieodpowiedni, niepoprawny, i kompletnie niedopasowany do zapadłej twarzy swego właściciela. Alexander w jednej chwili odmłodniał o kilka lat.
- Tak, pomyśl, że to sen, Rosie - powiedział lekko. Nie było kpiny w jego głosie. On planował przecież zrobić to samo: pomyśleć, że to tylko sen. Wówczas, każdy żywy trup stawał się w oczach Alexandra jego bratem, a jedynym, czego pragnął w tym śnie, było zabić Donalda, na dobre: tak, by ten nigdy już nie wrócił.
Tak, ogień był doskonałym wyborem.
Wiedział, że nie powinien tego robić - nie powinien folgować swym halucynacjom w takiej chwili - ale przez lata przyzwyczaił się, że to, co urojone, stale towarzyszy temu, co realne: dzięki darowi jasnowidzenia doświadczał wizji, które rozdzierały kanwę jego myśli z podobną czułością, z jaką gałęzie potraktowały wcześniej ciało Robertsa.
Ambrosia dalej zaciskała dłonie na czaszce mężczyzny.
Alex podążył spojrzeniem w stronę kości Triony. Mugolka i czarodziej, kobieta i mężczyzna, odpowiednio przedmiot adoracji i pogardy Windermere: dwa istnienia, dwa byty, złączone w śmierci. Kiedy patrzył na ich szczątki - na otoczony rewerencją szkielet zielarki, skąpany w zieloności jak w złotogłowiu, święte relikwie zagajnika, i na nędzną pozostałość furiata, ochłap człowieka, z którego korzenie nienawistnie wydusiły życie, przemocą wybierając go na ofiarę - pomyślał o Ambrosii i o sobie. Zalało go uwielbienie. Czy to oznaczał łączący ich fiolet? Może powinien sprawdzić, czy uda mu się teleportować na powierzchnię - samodzielnie rozeznać się w niebezpieczeństwie - ale przypuszczał, że jego translokacyjne wysiłki spełzłby na niczym, a wspinając się po nasypie, straciłby cenny czas. Wyciągnął dłoń z różdżką, tak, by pomóc sobie w ukształtowaniu niewidzialnej siły: wyobrażał powietrzną pięść, która czekałaby tylko, by pochwycić inferiusy, podrywać je w górę, pod niebo, i przytrzymać, aż podpaliliby je, niczym święte płomię dla Windermere.
Morpheus zapewne ułożył już w głowie stosowną modlitwę.
na kształtowanie (3k)
Alexander zachował profesjonalizm. Na wieść o zbliżającym się zagrożeniu ogarnął go przedziwny spokój: zniknęła wcześniejsza niepewność, ruchy na powrót nabrały sprężystości. Nie przerażała go konfrontacja z nieumarłymi. Poniekąd jej wyczekiwał, od kiedy tylko usłyszał o żywych trupach.
Z wyraźnym ociąganiem zabrał rękę z pleców Ambrosii, niechętnie rozstając się z jej ciepłem. Bez słowa wsunął w dłoń kobiety swój ochronny pierścień z romskim rytem, i podniósł się na nogi. Duchy, zjawy, aparycje i wszelkiego rodzaju aberracje limbo były domeną McKinnon, więc skoro mówiła, że Triona była mugolką, to Triona była mugolką: ktoś inny musiał nałożyć na Windermere chroniącą je klątwę. Pamiętał treść znalezionej wcześniej notatki. Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki. Tylko kto?
- Szkoda, że nie zarżnął świni na ofiarę. - W znudzonym głosie Alexandra przebrzmiała nuta pogardy. - Od ręki uratowalibyśmy Windermere.
Mulciber był złym człowiekiem, ale nie mówił przecież poważnie. Nie oczekiwał od dziewczynki, że przeciwstawi się nieumarłym. Liczył tylko na odrobinę rozsądku. Nie chciał potem tłumaczyć się Bulstrode'owi z martwych cywili.
Potwierdził skinieniem głowy, że zrozumiał dyspozycje Morpheusa. To przecież potrafił. Zabijać. Wymownie popatrzył na nogę Longbottoma, kiedy mijał go, by zbadać wytrzymałość ściany grobowca. Do tańca się teraz może nie nadawał, ale w walce sobie poradzi. Mulciber miał nadzieję, że pośród roślin nie skrywała się żadna rozpadlina, z której mogliby wychnąć kolejni nieumarli.
- Kukła to obiektywnie ofiara jeszcze gorsza od mugolki, ale może cykliczny rytuał wystarczał, by zasilić magię Windermere - rzucił przez ramię, skupiony na oglądaniu brzegów ziemskiego nasypu. Osuwisko było niestabilne: przydałoby się umocnić zbocze, zwłaszcza, że nie wiedzieli, czy w ich stronę podąża horda, czy tylko kilku nieumarłych. Alexander spróbował spojrzeć dalej, w przyszłość, by zorientować się, z jak wieloma inferiusami mogą mieć do czynienia.
na percepcję (4k)
Rzut PO 1d100 - 53
Sukces!
Sukces!
- Bagshot zaznaczył na mapie ten zagajnik. Może znalazł też inne punkty spustowe fioletowego czaru ochronnego. Amplifikatory, które tak jak kości Triony stabilizowałyby przepływ energii. - Kto je tu umieścił? Przed czym miały chronić to miejsce? Jak wielka była ich moc? - Ciekawe, czy nieumarli są przyczyną jej zaburzeń - ofiarami złowieszczych machinacji kogoś, kogo chce zapanować nad Windermere - czy efektem ubocznym zbeszczeszczenia starych miejsc kultu. Bo czarna energia spowijała z kolei jezioro. Żywe trupy to te zaginione topielce?
Popatrzył na Ambrosię, jak gdyby we trójkę prowadzili przyjacielską dysputę na tematy okołonaukowe, ale ona, zamiast dorzucić swoje trzy knuty do ich dywagacji, obrała własny plan działania.
Śmiech Mulcibera był rzadkim zjawiskiem: rozbił się o ściany kurhanu, i zaplątał pośród bujnej roślinności, nieodpowiedni, niepoprawny, i kompletnie niedopasowany do zapadłej twarzy swego właściciela. Alexander w jednej chwili odmłodniał o kilka lat.
- Tak, pomyśl, że to sen, Rosie - powiedział lekko. Nie było kpiny w jego głosie. On planował przecież zrobić to samo: pomyśleć, że to tylko sen. Wówczas, każdy żywy trup stawał się w oczach Alexandra jego bratem, a jedynym, czego pragnął w tym śnie, było zabić Donalda, na dobre: tak, by ten nigdy już nie wrócił.
Tak, ogień był doskonałym wyborem.
Wiedział, że nie powinien tego robić - nie powinien folgować swym halucynacjom w takiej chwili - ale przez lata przyzwyczaił się, że to, co urojone, stale towarzyszy temu, co realne: dzięki darowi jasnowidzenia doświadczał wizji, które rozdzierały kanwę jego myśli z podobną czułością, z jaką gałęzie potraktowały wcześniej ciało Robertsa.
Ambrosia dalej zaciskała dłonie na czaszce mężczyzny.
Alex podążył spojrzeniem w stronę kości Triony. Mugolka i czarodziej, kobieta i mężczyzna, odpowiednio przedmiot adoracji i pogardy Windermere: dwa istnienia, dwa byty, złączone w śmierci. Kiedy patrzył na ich szczątki - na otoczony rewerencją szkielet zielarki, skąpany w zieloności jak w złotogłowiu, święte relikwie zagajnika, i na nędzną pozostałość furiata, ochłap człowieka, z którego korzenie nienawistnie wydusiły życie, przemocą wybierając go na ofiarę - pomyślał o Ambrosii i o sobie. Zalało go uwielbienie. Czy to oznaczał łączący ich fiolet? Może powinien sprawdzić, czy uda mu się teleportować na powierzchnię - samodzielnie rozeznać się w niebezpieczeństwie - ale przypuszczał, że jego translokacyjne wysiłki spełzłby na niczym, a wspinając się po nasypie, straciłby cenny czas. Wyciągnął dłoń z różdżką, tak, by pomóc sobie w ukształtowaniu niewidzialnej siły: wyobrażał powietrzną pięść, która czekałaby tylko, by pochwycić inferiusy, podrywać je w górę, pod niebo, i przytrzymać, aż podpaliliby je, niczym święte płomię dla Windermere.
Morpheus zapewne ułożył już w głowie stosowną modlitwę.
na kształtowanie (3k)
Rzut Z 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat