Jej nieobliczalność zawierała się w grymasach uciekających jak najdalej od filuternych uśmiechów; w westchnięciach tak odległych pannom z dobrych domów – tych o snobistycznym akcencie i orkiestrach wybijających pory roku; wreszcie – w całokształcie jej podejścia do brudnego padołu, po którym przyszło jej stąpać. Bo choć o demonicznej osobowości chłodnej lichwiarki dawała kłam jakimkolwiek przejawom człowieczeństwa, bardziej niż piekłem, brzydziła się ziemskim brukiem i ludźmi, którzy przecież nigdy nie potrafili ją pojąć. Niekoniecznie z powodu mikrego umysłu – najogólniej, była ona nieprzewidywalna w swej krasie wzburzonego sztormem morza, które jedynie pozostawiało białą, spiętrzoną pianę. Niszczyła i burzyła – prawdopodobnie każdego, kto stanąłby jej na drodze, zechciałaby widzieć pod powierzchnią ziemi. Bo choć zgorzkniała i sceptyczna, była w nieodległy sposób uparta.
I jednak była kobietą.
Na to chyże stwierdzenie nie składały się banały pokroju zmienności nastrojów, intencje nie do odczytania, czy też opaczność w słowach. Była kobietą w pełnej krasie gdy uciekała się do tego urokliwego uśmiechu, który przecież nigdy nie zdobił jej warg; gdy odrzucała za ramię fale splątanych fal włosów i gdy przekrzywiała głowę opartą na wewnętrznej stronie dłoni.
Więziła przecież swoją osobliwością.
Spoglądała lekkim wzrokiem za mężczyzną, gdy ten usuwał się w cień rzucany przez masywny bar, aby zaskoczyć ją wymyślnym trunkiem. Była jednak na tyle okrutna w swojej grze, że planowała zgoła inny finisz sytuacji. I nie były to tylko wygrane galeony.
Naturalnie dostrzegła, iż jej kompan zabiera z masywnej teczki mężczyzny jeden z plików stronic, chowając go skrzętnie i jakby nigdy nic odkładając torbę na wcześniejsze miejsce przylegania.
Spojrzała z mordem w oczach na Sauriela, łapiąc go gwałtownie za nadgarstek, widząc, iż uwiedziony mężczyzna zmierza powoli w jej kierunku z barwnym, pomarańczowym drinkiem.
– Zajebię cię jak psa – rzekła szeptem. – Ale to później. Teraz rozpocznijmy walca – dodała, puszczając jego dłoń.
Odwróciła się do jegomościa, który zechciał postawić przed nią szklankę, wciąż spąsowiały na bladym obliczu – wyraźnie niemuśniętym od dawna językami słońca.
– Przykro mi to przyznać, ale – zaczynając urokliwie, wargi ponownie wyginając w urągliwy, miły dla oka uśmiech – nie grzeszy pan intelektem. Mój mąż – wypluła z siebie – podpuścił mnie, abym w jak najkrótszym czasie sprowadziła pana do postawienia mi drinka. Pięćdziesiąt trzy sekundy – tyle mi to zajęło.
Bawiła się wyśmienicie, a określenie Rookwooda własnym małżonkiem przyszło jej o wiele mniej karkołomnie, niż się spodziewała.
Gdy odeszli, pozostawiając skołowanego mężczyznę przy stole wraz z tym komicznie, obrzydliwie kolorowym drinkiem, bezpardonowo chwyciła Sauriela za fraki, łącząc ich usta w gwałtownym pocałunku. Smakował alkoholem i aż jej zaszumiało w głowie, po chwili jednak, gdy przerwała ten nagły paroksyzm bliskości, wytarła wierzchem dłoni wargi.
– Możesz pocałować pannę młodą – rzekła znudzonym głosem. – Teraz wszystko się zgadza.