Obowiązki, obowiązki. Każdy jakieś miał. Monty nie narzekał na ich brak, jednak też nie był szczególnie zaangażowany w pracę. Odpowiednio dzielił czas na życie zawodowe i rodzinne, w końcu musiał pomagać swojej kochanej żonie przy wychowywaniu ich gromadki dzieci. Taki żywot ojca, sam nie wiedział, co było dla niej bardziej męczące. Teraz jednak musiał się skupić na siedzącym tuż obok niego Longbottomie, rzadko kiedy miał okazję przeprowadzać wywiady z takimi osobistościami, musiał wykorzystać ten czas odpowiednio.
- Rozumiem, rozumiem. - Pokiwał twierdząco głową. Słowa Erika dały mu nadzieję na całkiem niezły artykuł, oj na pewno będzie wiele osób, które będą chciały przeczytać rozważania jednego z najpopularniejszych czarodziejów Wielkiej Brytanii, szczególnie takie kontrowersyjne. Mało kto miał odwagę mówić o tym głośno, najwyraźniej Longbottom zdecydował się podzielić tym, o czym myślało wiele osób, chociaż nie mieli tyle odwagi.
- Tak tak, nasza redakcja, zdaje pan sobie sprawę, że to może być niebezpieczne również dla nas, za takie publikacje możemy stać się celem śmierciożerców. - Tak samo zresztą jak siedzący przed nim mężczyzna i jego rodzina. Na pewno ktoś z tamtej strony postanowi coś z tym zrobić, uciszyć ich. Nie byli bierni na działania, które mogły w nich uderzyć. - Zdaje pan sobie sprawę, że to bardzo ryzykowne? - Dodał jeszcze, chociaż wydawało mu się, że Erik wie co robi.
- Mogę podzielić się z naszymi czytelnikami pańską opinią, martwi mnie jednak to, co wydarzy się później, gdyby było was więcej, może to miałoby sens, gdyby nie tylko pan jeden mówił głośno co mówi. - Na pewno wykorzysta te informacje, którym podzielił się z nimi Erik, jednak chyba potrzebował jakiegoś dupochronu, gdyby miało mu się oberwać w przyszłości. Kolejne artykuły, kolejni czarodzieje, którzy mówiliby głośno, co o tym sądzą chyba było wystarczające.