19.06.2024, 23:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2025, 17:26 przez Erik Longbottom.)
Pochylił czoła w geście szacunku, gdy Phyton nawiązał do działalności swojej redakcji. Cóż, nie było to dla niego zaskoczeniem. Zwykli ludzie mogli stać się celem ataku, tylko dlatego, że powiedzieli parę słów za dużo podczas nocnej imprezy w barze. A dziennikarzy... Cóż, łatwiej było ich znaleźć niż zwykłych zjadaczy chleba. Podpisywali się pod swoimi tekstami, a znalezienie adresu danego magazynu nie było jakimś wielkim osiągnięciem.
A jednak... Czy ktoś pchał się do tego biznesu, jeśli nie zdawał sobie sprawy z tego, że prędzej czy później trafi na coś kontrowersyjnego? Teraz był to temat Śmierciożerców, a przecież nie był to pierwszy dramat w historii społeczności czarodziejów. Wystarczył skorumpowany polityk, który miał znajomości, a pisano by o nim równie niechętnie, żeby przypadkiem nie podpaść komuś z jego kręgów. A skala obecnego problemu z czarnoksiężnikami była jednak dużo większa.
— Ktoś musi przetrzeć szlak. Wiedziałem, na co się piszę, gdy odpowiedziałem na pytania pana Lockharta w obozie medyków na Polanie Ognisk. — odbił piłeczkę dziennikarza, sięgając ponownie po herbatę. — Jestem bardzo świadomy tego, co zrobiłem, ale ktoś musiał to zrobić. Nie chcę nadawać jednemu wywiadowi rangi przełomowego, ale bardzo martwi mnie wizja, w której katastrofa na Beltane została zapomniana. Zamieciona pod dywan.
Początkowe zawahania przemieniło się w pełnoprawną pauzę. W pierwszej chwili chciał zrobić to, co przychodziło najłatwiej: zrzucić winę na Ministerstwo Magii. Wytknąć jawne przejawy tchórzostwa, nadmiernej biurokracji tudzież strachu przed tym, że jedna komórka terrorystów mogła poważnie zagrozić całemu rządowi. A jednak w jego żyłach płynęła krew Longbottomów. Krew Brygadzistów i Aurorów, którzy każdego dnia ryzykowali życiem, aby zminimalizować zagrożenie. Pomóc tam, gdzie pomóc się dało. Problem polegał na tym, że nawet Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie mógł być wszędzie. I nie pomogłby w tym żaden artykuł i nadwyżka dotacji dla biura.
— Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Taki zawód. — Wzruszył niezobowiązująco ramionami. — Nie boję się jednak nazwać Śmierciożerców terrorystami. A mam wrażenie, że jest to krok na jaki do tej pory niewielu się zebrało. Jakby to była jakaś... mantykora w składzie porcelany. — Skrzywił się na to nie zwykle proste porównanie, jakie padło z jego ust. — Omijamy go wzrokiem z obawy, że jeśli naprawdę poświęcimy uwagę temu problemami, to stanie się faktem. A prawda jest taka, że im dłużej go ignorujemy, tym bardziej zatruwa on nasze życie. Ktoś zawsze musi powiedzieć pierwsze słowo. Ktoś musi powiedzieć: to nie jest w porządku. — Upił mały łyczek z filiżanki. — Tak samo, jak któraś redakcja musi podjąć temat, który znajdzie się na ustach całego kraju.
Szukał słabego punktu: ambicji - zarówno personalnej, jak i zawodowej. Redakcje przeganiały się w tym, która z nich znajdzie najlepszy temat, najlepsze źródło, czyli takie, które było wiarygodne, ale też zdradzało coś ponad notki z agencji prasowych i plotki z trzeciej ręki. Chociaż aktywność Śmierciożerców nieco przymarła na czas lata, tak bestia podniosła już głowę. Atak na Polanę Ognisk mógł być preludium do pełnego przebudzenia, przysłowiowym przewróceniem się na drugi bok w połowie drzemki. A kiedy faktycznie to się zacznie, wszystkie oczy będą wpatrzone w jeden punkt.
— Każdy chciałby zjeść jabłko i mieć jabłko. Mieć chwałę i sławę i nie kiwnąć palcem — kontynuował, starając się imitować ton głosu, jakiego używał podczas głębokich dywagacji podczas zagranicznych delegacji z Anthonym czy tych, które odbywały się w Anglii w towarzystwie Elliota czy Dolohova. — Przyjdzie taki moment, kiedy każdy będzie mógł wyrobić swoje nazwisko na temacie Śmierciożerców. Tylko że wtedy nie wygra ten, kto najlepiej go opracuje, a kto jest największy i najgłośniej krzyczy.
Rozmowa między mężczyznami toczyła się przez dłuższy czas. Koniec końców trudno było określić, czy Erikowi faktycznie udało się zdobyć swego rodzaju sojusznika w mediach. Być może przemówił do rozsądku jednej osoby, zasiał w niej ziarenko niepewności, co do tego, jaka przyszłość czeka gazety rozgłośnię radiową, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, ale czy to wystarczy?
Nie, na pewno nie, pomyślał przelotnie Erik, opuszczając budynek herbaciarni na Horyzontalnej. Może zdarzało mu się rozmawiać o tych sprawach chociażby z Elliottem, ale to była zupełnie inna sytuacja - między innymi przez ich status społeczny. Jak niesprawiedliwe by to nie było zdaniem co poniektórych to rodziny czystej krwi ''wytyczały kurs'' jakim kierowało się społeczeństwo czarodziejów. Może nie mieli tak dużej przewagi jak Ministerstwo, ale Londyn musiał liczyć się z ich zdaniem.
Media to była zupełnie inna para kaloszy. Fale porwań i napaści z poprzednich lat, atak na Beltane, pogłoski o środowiskach tradycjonalistów w gmachu Ministerstwa Magii... To było za mało. A jedna rozmowa nie mogła tego wszystkiego zmienić. Praca z reportami i dziennikarzami wymagała czasu. Nowych znajomości. Rozszerzenia siatki kontaktów i pokazania im, że jest ścieżka, która może wspomóc społeczność czarodziejów, a przy tym pokrzyżować plany zwolenników Czarnego Pana. Czy uda im się nią podążyć? To się dopiero okaże.
A jednak... Czy ktoś pchał się do tego biznesu, jeśli nie zdawał sobie sprawy z tego, że prędzej czy później trafi na coś kontrowersyjnego? Teraz był to temat Śmierciożerców, a przecież nie był to pierwszy dramat w historii społeczności czarodziejów. Wystarczył skorumpowany polityk, który miał znajomości, a pisano by o nim równie niechętnie, żeby przypadkiem nie podpaść komuś z jego kręgów. A skala obecnego problemu z czarnoksiężnikami była jednak dużo większa.
— Ktoś musi przetrzeć szlak. Wiedziałem, na co się piszę, gdy odpowiedziałem na pytania pana Lockharta w obozie medyków na Polanie Ognisk. — odbił piłeczkę dziennikarza, sięgając ponownie po herbatę. — Jestem bardzo świadomy tego, co zrobiłem, ale ktoś musiał to zrobić. Nie chcę nadawać jednemu wywiadowi rangi przełomowego, ale bardzo martwi mnie wizja, w której katastrofa na Beltane została zapomniana. Zamieciona pod dywan.
Początkowe zawahania przemieniło się w pełnoprawną pauzę. W pierwszej chwili chciał zrobić to, co przychodziło najłatwiej: zrzucić winę na Ministerstwo Magii. Wytknąć jawne przejawy tchórzostwa, nadmiernej biurokracji tudzież strachu przed tym, że jedna komórka terrorystów mogła poważnie zagrozić całemu rządowi. A jednak w jego żyłach płynęła krew Longbottomów. Krew Brygadzistów i Aurorów, którzy każdego dnia ryzykowali życiem, aby zminimalizować zagrożenie. Pomóc tam, gdzie pomóc się dało. Problem polegał na tym, że nawet Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie mógł być wszędzie. I nie pomogłby w tym żaden artykuł i nadwyżka dotacji dla biura.
— Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Taki zawód. — Wzruszył niezobowiązująco ramionami. — Nie boję się jednak nazwać Śmierciożerców terrorystami. A mam wrażenie, że jest to krok na jaki do tej pory niewielu się zebrało. Jakby to była jakaś... mantykora w składzie porcelany. — Skrzywił się na to nie zwykle proste porównanie, jakie padło z jego ust. — Omijamy go wzrokiem z obawy, że jeśli naprawdę poświęcimy uwagę temu problemami, to stanie się faktem. A prawda jest taka, że im dłużej go ignorujemy, tym bardziej zatruwa on nasze życie. Ktoś zawsze musi powiedzieć pierwsze słowo. Ktoś musi powiedzieć: to nie jest w porządku. — Upił mały łyczek z filiżanki. — Tak samo, jak któraś redakcja musi podjąć temat, który znajdzie się na ustach całego kraju.
Szukał słabego punktu: ambicji - zarówno personalnej, jak i zawodowej. Redakcje przeganiały się w tym, która z nich znajdzie najlepszy temat, najlepsze źródło, czyli takie, które było wiarygodne, ale też zdradzało coś ponad notki z agencji prasowych i plotki z trzeciej ręki. Chociaż aktywność Śmierciożerców nieco przymarła na czas lata, tak bestia podniosła już głowę. Atak na Polanę Ognisk mógł być preludium do pełnego przebudzenia, przysłowiowym przewróceniem się na drugi bok w połowie drzemki. A kiedy faktycznie to się zacznie, wszystkie oczy będą wpatrzone w jeden punkt.
— Każdy chciałby zjeść jabłko i mieć jabłko. Mieć chwałę i sławę i nie kiwnąć palcem — kontynuował, starając się imitować ton głosu, jakiego używał podczas głębokich dywagacji podczas zagranicznych delegacji z Anthonym czy tych, które odbywały się w Anglii w towarzystwie Elliota czy Dolohova. — Przyjdzie taki moment, kiedy każdy będzie mógł wyrobić swoje nazwisko na temacie Śmierciożerców. Tylko że wtedy nie wygra ten, kto najlepiej go opracuje, a kto jest największy i najgłośniej krzyczy.
Rozmowa między mężczyznami toczyła się przez dłuższy czas. Koniec końców trudno było określić, czy Erikowi faktycznie udało się zdobyć swego rodzaju sojusznika w mediach. Być może przemówił do rozsądku jednej osoby, zasiał w niej ziarenko niepewności, co do tego, jaka przyszłość czeka gazety rozgłośnię radiową, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, ale czy to wystarczy?
Nie, na pewno nie, pomyślał przelotnie Erik, opuszczając budynek herbaciarni na Horyzontalnej. Może zdarzało mu się rozmawiać o tych sprawach chociażby z Elliottem, ale to była zupełnie inna sytuacja - między innymi przez ich status społeczny. Jak niesprawiedliwe by to nie było zdaniem co poniektórych to rodziny czystej krwi ''wytyczały kurs'' jakim kierowało się społeczeństwo czarodziejów. Może nie mieli tak dużej przewagi jak Ministerstwo, ale Londyn musiał liczyć się z ich zdaniem.
Media to była zupełnie inna para kaloszy. Fale porwań i napaści z poprzednich lat, atak na Beltane, pogłoski o środowiskach tradycjonalistów w gmachu Ministerstwa Magii... To było za mało. A jedna rozmowa nie mogła tego wszystkiego zmienić. Praca z reportami i dziennikarzami wymagała czasu. Nowych znajomości. Rozszerzenia siatki kontaktów i pokazania im, że jest ścieżka, która może wspomóc społeczność czarodziejów, a przy tym pokrzyżować plany zwolenników Czarnego Pana. Czy uda im się nią podążyć? To się dopiero okaże.
Koniec sesji
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞