20.06.2024, 09:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2024, 09:11 przez Charlotte Kelly.)
Od wymyślonego ślubu przeszli więc do prawdziwej podróży poślubnej i to organizowanej dla czterech osób, Charlotte jednak ani nie była tym zdziwiona, ani nie zamierzała narzekać.
– Powinniśmy pojechać do mugolskich kasyn w Las Vegas, wypuścić tam Jonathana i Morpheusa i zarobić majątek – stwierdziła rozleniwionym głosem. Czy było to oszustwo? Oczywiście: aurowidz i jasnowidz w kasynie. Czy biedni mugole stracili by na tym majątek? Pewnie. Czy Charlotte Kelly cokolwiek to obchodziło?
Ani trochę.
– Ale ponieważ taka podróż utrzymałaby nas trochę za długo od pracy, zadowolę się Europą. Chociaż kiedyś, gdybyśmy mieli ochotę zaszaleć, moglibyśmy wybrać się do Peru albo do Argentyny. Co w Argentynie, zostaje w Argentynie, bardzo niechętnie dokonują ekstradycji przestępców i pewnie odwrotnie byłoby dokładnie tak samo.
Oczywiście, nie to że zamierzała dać się przyłapać na robieniu czegoś nielegalnego. Ani że planowała nielegalne rzeczy, ale gdyby akurat takie miały być zabawne i gdyby już przypadkiem Jonathan dał się na czymś złapać, bo przecież nie ona, to przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
– I wszystko jasne. Nie znam jej zupełnie, ale na pewno byłaby zbyt mdła dla ciebie: jak większość kobiet i mężczyzn zresztą – podsumowała Charlotte, sięgając po kolejny owoc. Prawdopodobnie nigdy nie natknęła się na Septimę Olivander, i jej osąd nie był ani trochę sprawiedliwy, ale Charlotte była tym gatunkiem człowieka, który większość ludzi ma za mdłych, a tym, których za nudnych nie uważa, wybacza za to bardzo wiele. Taki Anthony faktycznie nie musiał się przekomarzać z nimi, silić się na żarciki i w ogóle mógł niczego nie robić, a tylko sobie siedzieć i ładnie wyglądać albo pleść o smokach, albo o tym tajemniczym „nim”, a nie miałoby to znaczenia, bo skoro już Charlotte postanowiła adoptować sobie go jako przyjaciela, znaczy się, że był wspaniały i tyle. (Wybaczała mu nawet, że był z nią spokrewniony, a przecież na większość spokrewnionych z Parkinsonami szczerzyła od razu kły. Tak dla zasady.)
Odbiła się więc po prostu od brzegu basenu i przepłynęła go, by znaleźć się bliżej krawędzi, z której wstał Tony. Gotowa spróbować tego wina – i dlatego, że cóż, była ciekawa tego najlepszego wina, jakie pił Shafiq, a jeszcze bardziej tego, jak na jego postrzeganie smaku wpłynęło to, że to wino wiązało się z tym „nim”.
A kim jest on, to ona się jeszcze dowie.
– Powinniśmy pojechać do mugolskich kasyn w Las Vegas, wypuścić tam Jonathana i Morpheusa i zarobić majątek – stwierdziła rozleniwionym głosem. Czy było to oszustwo? Oczywiście: aurowidz i jasnowidz w kasynie. Czy biedni mugole stracili by na tym majątek? Pewnie. Czy Charlotte Kelly cokolwiek to obchodziło?
Ani trochę.
– Ale ponieważ taka podróż utrzymałaby nas trochę za długo od pracy, zadowolę się Europą. Chociaż kiedyś, gdybyśmy mieli ochotę zaszaleć, moglibyśmy wybrać się do Peru albo do Argentyny. Co w Argentynie, zostaje w Argentynie, bardzo niechętnie dokonują ekstradycji przestępców i pewnie odwrotnie byłoby dokładnie tak samo.
Oczywiście, nie to że zamierzała dać się przyłapać na robieniu czegoś nielegalnego. Ani że planowała nielegalne rzeczy, ale gdyby akurat takie miały być zabawne i gdyby już przypadkiem Jonathan dał się na czymś złapać, bo przecież nie ona, to przezorny zawsze ubezpieczony, prawda?
– I wszystko jasne. Nie znam jej zupełnie, ale na pewno byłaby zbyt mdła dla ciebie: jak większość kobiet i mężczyzn zresztą – podsumowała Charlotte, sięgając po kolejny owoc. Prawdopodobnie nigdy nie natknęła się na Septimę Olivander, i jej osąd nie był ani trochę sprawiedliwy, ale Charlotte była tym gatunkiem człowieka, który większość ludzi ma za mdłych, a tym, których za nudnych nie uważa, wybacza za to bardzo wiele. Taki Anthony faktycznie nie musiał się przekomarzać z nimi, silić się na żarciki i w ogóle mógł niczego nie robić, a tylko sobie siedzieć i ładnie wyglądać albo pleść o smokach, albo o tym tajemniczym „nim”, a nie miałoby to znaczenia, bo skoro już Charlotte postanowiła adoptować sobie go jako przyjaciela, znaczy się, że był wspaniały i tyle. (Wybaczała mu nawet, że był z nią spokrewniony, a przecież na większość spokrewnionych z Parkinsonami szczerzyła od razu kły. Tak dla zasady.)
Odbiła się więc po prostu od brzegu basenu i przepłynęła go, by znaleźć się bliżej krawędzi, z której wstał Tony. Gotowa spróbować tego wina – i dlatego, że cóż, była ciekawa tego najlepszego wina, jakie pił Shafiq, a jeszcze bardziej tego, jak na jego postrzeganie smaku wpłynęło to, że to wino wiązało się z tym „nim”.
A kim jest on, to ona się jeszcze dowie.