20.06.2024, 15:46 ✶
– Wierzę, a właściwie wiem, że on coś oznaczał. Ale gdyby mógł wtedy cię zabić, już byś nie żyła, Geraldine – powiedziała Florence słowa, których wcześniej wypowiadać nie chciała, ale które może jednak były konieczne. Mógł być w pokoju, mógł tkwić w jej głowie, mógł wniknąć w sny – te miały swoją moc i uzdrowicielka doskonale o tym wiedziała. – Nie powinien zablokować się od środka, ale gdyby tak się stało, zawsze możesz posłać do nas choćby papierowy samolocik przez okno.
Ostatecznie mieszkali blisko siebie, a chociaż złamanie kodu nie powinno wyjść nawet jej braciom, to gdyby było to konieczne, mogliby po pewnym czasie zapewne rozbroić cały mechanizm, znając jego tajemnicę. W najgorszym razie Geraldine musiałaby poczekać aż Florence skończy dyżur, ale kod nie był tak skomplikowany, by nie dało się go zapamiętać – celowo wybrała cztery cyfry. Dość wiele, by złamanie nie było proste, nie dość dużo, aby ich zapamiętanie stało się zbyt trudne.
*
Florence Bulstrode była zasadniczo bardzo przeciętną osobą. Elementem tła, w historiach pozostającym na drugim czy na trzecim planie. Jedynym, co ją wyróżniało był bodaj dar jasnowidzenia, ale nawet on był typowy w jej rodzinie. Najwyraźniej jednak było jej pisane wysłuchiwać opowieści tego typu: zawsze znajdować się blisko, gdy działy się rzeczy wielkie albo straszne. Oto brat wracał odmieniony z Limbo, stała pod drzwiami przyjaciela poszarpanego przez wampirzycę albo przyjaciółka opowiadała jej nad filiżanką herbaty o nieistniejącym bracie, który kradnie wspomnienia znajomych oraz próbuje składać w nich jajka.
Wiele o niej mówiło, że na twarzy Florence nie drgnął ani jeden mięsień. Uniosła jedynie filiżankę i upiła łyk herbaty, jak gdyby nigdy nic.
– Nie. Nie słyszałam o tych istotach – powiedziała w końcu i odłożyła naczynie. Zastanawiała się, czy może zabrał także coś od niej: wtedy, gdy ogłuszył ją w Mungu. Sądziła, że wymazał swoje istnienie, najwyraźniej jednak nigdy nie miała go pamiętać. To nie z jej pamięcią było coś nie tak. – Być może dlatego nie mogłam zobaczyć jego przyszłości. Ona nie należy do niego.
Milczała przez chwilę, rozważając i układając sobie w głowie całą historię. Oczywiście, Yaxleyówna mogła zmyślać, ale Florence sama widziała przedziwny, zaplątany kłębek losu Thorana, i patrzyła na ciemną istotę, która pożerała Geraldine. Nie wzięła więc nawet po uwagę, że opowieść może być nieprawdziwa.
– Potrzebujesz pomocy? Nie myślałaś o zgłoszeniu tego do Ministerstwa? – spytała wprost. Geraldine była łowczynią potworów, ale tym razem potwór ewidentnie polował na nią.
Ostatecznie mieszkali blisko siebie, a chociaż złamanie kodu nie powinno wyjść nawet jej braciom, to gdyby było to konieczne, mogliby po pewnym czasie zapewne rozbroić cały mechanizm, znając jego tajemnicę. W najgorszym razie Geraldine musiałaby poczekać aż Florence skończy dyżur, ale kod nie był tak skomplikowany, by nie dało się go zapamiętać – celowo wybrała cztery cyfry. Dość wiele, by złamanie nie było proste, nie dość dużo, aby ich zapamiętanie stało się zbyt trudne.
*
Florence Bulstrode była zasadniczo bardzo przeciętną osobą. Elementem tła, w historiach pozostającym na drugim czy na trzecim planie. Jedynym, co ją wyróżniało był bodaj dar jasnowidzenia, ale nawet on był typowy w jej rodzinie. Najwyraźniej jednak było jej pisane wysłuchiwać opowieści tego typu: zawsze znajdować się blisko, gdy działy się rzeczy wielkie albo straszne. Oto brat wracał odmieniony z Limbo, stała pod drzwiami przyjaciela poszarpanego przez wampirzycę albo przyjaciółka opowiadała jej nad filiżanką herbaty o nieistniejącym bracie, który kradnie wspomnienia znajomych oraz próbuje składać w nich jajka.
Wiele o niej mówiło, że na twarzy Florence nie drgnął ani jeden mięsień. Uniosła jedynie filiżankę i upiła łyk herbaty, jak gdyby nigdy nic.
– Nie. Nie słyszałam o tych istotach – powiedziała w końcu i odłożyła naczynie. Zastanawiała się, czy może zabrał także coś od niej: wtedy, gdy ogłuszył ją w Mungu. Sądziła, że wymazał swoje istnienie, najwyraźniej jednak nigdy nie miała go pamiętać. To nie z jej pamięcią było coś nie tak. – Być może dlatego nie mogłam zobaczyć jego przyszłości. Ona nie należy do niego.
Milczała przez chwilę, rozważając i układając sobie w głowie całą historię. Oczywiście, Yaxleyówna mogła zmyślać, ale Florence sama widziała przedziwny, zaplątany kłębek losu Thorana, i patrzyła na ciemną istotę, która pożerała Geraldine. Nie wzięła więc nawet po uwagę, że opowieść może być nieprawdziwa.
– Potrzebujesz pomocy? Nie myślałaś o zgłoszeniu tego do Ministerstwa? – spytała wprost. Geraldine była łowczynią potworów, ale tym razem potwór ewidentnie polował na nią.