20.06.2024, 18:47 ✶
Zaiste, nie zamierzała wymagać od Pereginusa czy nawet Sebastiana zabezpieczania tego miejsca. Do środka powinni wpuścić raczej przedstawicieli Komnaty Śmierci, a Brygadzie dać otoczyć czar czarami… ale to była pieśń przyszłości: póki co Brenna raczej skupiała się na tu i teraz.
– Nic z nią teraz nie zrobimy – odparła, opuszczając różdżkę. Dopiero teraz opuściła też wzrok na moment na dłoń, gdy adrenalina opadła, zaczynając czuć pieczenie zdartej skóry. – To co jest w środku… wymaga ostrożności. Nie wolno jej zniszczyć, a potrzebnego rytuału nie możemy odprawić tu i teraz. Chyba że chcecie zabrać ją do Ministerstwa, ale teleportacja stąd może być z nią ryzykowna.
Musieli odesłać duchy, które się w niej kryły na drugą stronę, dokładnie tak samo, jak ostatnim razem. A do tego będą potrzebowali odpowiednio przygotowanego pomieszczenia, nie kościoła wypełnionego czarną magią, i pożyczenia stażystki z jednego z innych wydziałów. I wiedzieli o tym wszystkim z Patrickiem głównie dlatego, że już raz to wszystko przechodzili.
Chyba że tym razem okaże się, że bezpieczniej poczekać na Samhain albo Sebastian jednak na tyle zwiększył swoje umiejętności, że tym razem miał dać radę w pojedynkę – Brenna zwróciła na niego nieco pytające spojrzenie. Jeśli szło o nią, bardzo nie chciała próbować uwalniać dusz i otwierać wejścia do Limbo w kościele wypełnionym czarną magią. I w tej chwili wszystko wyrywało się w niej do powrotu i sprawdzenia, czy Basilius i Isaac przeżyli. Ale też prawda była taka, że Pereginus i Sebastian wiedzieli od niej dużo więcej o Limbo, a ten drugi przeprowadzał rytuał i gdyby się uparł, że to najlepsze ku temu miejsce, pewnie by się nie sprzeczała.
A jeżeli próbowaliby tutaj zrobić coś takiego albo po prostu zostać w miejscu, gdzie wciąż mogliby być nieumarli, nie mogła tak po prostu stąd wybiec z powrotem i zostawić tu wymęczonych aurorów oraz dwójki cywilów samych.
Fiolet, czerń. Brenna nie czuła wpływu ani fioletu, ani czerni – mogłaby przysiąc, że wszystko, co czuje, to jej własne emocje. Ale nie chciała się teraz nawet nad tym zastanawiać, podobnych myśli miała w głowie wystarczająco wiele i bez Windermere.
– Rośliny wściekły się, gdy jakiś człowiek zaczął podpalać kemping. Gałęzie oddzieliły las, i nas odcięły od innych, a Sebastian i Pereginus… powiedzieli, że źródło tego wszystkiego jest tutaj i że Patrickowi coś grozi. Może już jest spokojnie…
…a może wcale nie. Albo ktoś ucierpiał.
– Czaszka czarnoksiężnika zniekształciła zaklęcie ochronne. Potężne i znacznie starsze, ale wolałabym o tym nie rozmawiać teraz – powiedziała cicho, rzucając spojrzenie w stronę wyjścia, do którego już zaczął ruszać Trelawney. Wymiana informacji wymianą informacji, ale w tym miejscu wisiała czarna magia, a ona w duchu panikowała coraz bardziej i z trudem trzymała tę panikę w ryzach: na myśl o tych wszystkich ludziach, którzy pozostali za ścianą roślinności. I póki co nie wpadła jeszcze na to, że magia fioletu może nie przyjąć z radością wniesienia czaszki na kemping.
– Nic z nią teraz nie zrobimy – odparła, opuszczając różdżkę. Dopiero teraz opuściła też wzrok na moment na dłoń, gdy adrenalina opadła, zaczynając czuć pieczenie zdartej skóry. – To co jest w środku… wymaga ostrożności. Nie wolno jej zniszczyć, a potrzebnego rytuału nie możemy odprawić tu i teraz. Chyba że chcecie zabrać ją do Ministerstwa, ale teleportacja stąd może być z nią ryzykowna.
Musieli odesłać duchy, które się w niej kryły na drugą stronę, dokładnie tak samo, jak ostatnim razem. A do tego będą potrzebowali odpowiednio przygotowanego pomieszczenia, nie kościoła wypełnionego czarną magią, i pożyczenia stażystki z jednego z innych wydziałów. I wiedzieli o tym wszystkim z Patrickiem głównie dlatego, że już raz to wszystko przechodzili.
Chyba że tym razem okaże się, że bezpieczniej poczekać na Samhain albo Sebastian jednak na tyle zwiększył swoje umiejętności, że tym razem miał dać radę w pojedynkę – Brenna zwróciła na niego nieco pytające spojrzenie. Jeśli szło o nią, bardzo nie chciała próbować uwalniać dusz i otwierać wejścia do Limbo w kościele wypełnionym czarną magią. I w tej chwili wszystko wyrywało się w niej do powrotu i sprawdzenia, czy Basilius i Isaac przeżyli. Ale też prawda była taka, że Pereginus i Sebastian wiedzieli od niej dużo więcej o Limbo, a ten drugi przeprowadzał rytuał i gdyby się uparł, że to najlepsze ku temu miejsce, pewnie by się nie sprzeczała.
A jeżeli próbowaliby tutaj zrobić coś takiego albo po prostu zostać w miejscu, gdzie wciąż mogliby być nieumarli, nie mogła tak po prostu stąd wybiec z powrotem i zostawić tu wymęczonych aurorów oraz dwójki cywilów samych.
Fiolet, czerń. Brenna nie czuła wpływu ani fioletu, ani czerni – mogłaby przysiąc, że wszystko, co czuje, to jej własne emocje. Ale nie chciała się teraz nawet nad tym zastanawiać, podobnych myśli miała w głowie wystarczająco wiele i bez Windermere.
– Rośliny wściekły się, gdy jakiś człowiek zaczął podpalać kemping. Gałęzie oddzieliły las, i nas odcięły od innych, a Sebastian i Pereginus… powiedzieli, że źródło tego wszystkiego jest tutaj i że Patrickowi coś grozi. Może już jest spokojnie…
…a może wcale nie. Albo ktoś ucierpiał.
– Czaszka czarnoksiężnika zniekształciła zaklęcie ochronne. Potężne i znacznie starsze, ale wolałabym o tym nie rozmawiać teraz – powiedziała cicho, rzucając spojrzenie w stronę wyjścia, do którego już zaczął ruszać Trelawney. Wymiana informacji wymianą informacji, ale w tym miejscu wisiała czarna magia, a ona w duchu panikowała coraz bardziej i z trudem trzymała tę panikę w ryzach: na myśl o tych wszystkich ludziach, którzy pozostali za ścianą roślinności. I póki co nie wpadła jeszcze na to, że magia fioletu może nie przyjąć z radością wniesienia czaszki na kemping.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.