20.06.2024, 23:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2024, 16:19 przez Millie Moody.)
– Słuchaj ja często o coś proszę, ostatnio na przykład prosiłam żeby mnie wypuścili z tego białego kicia zwanego lecznicą, ale nie wiem chyba dopiero coś Alik zachachmęcił ten tydzień temu, żeby podpisano papiery. Prosiłam o kawę. O fajki. O inne jedzenie. Ok? Odzwyczaiłam się dostawać to o co proszę. – Powiedziała mu bardzo wprost, choć to nie był wyrzut, to były raczej te rzeczy, o których nie chciała mówić Alastorowi, żeby go nie martwić dodatkowo, żeby nie myślał, że jest źle traktowana. I rzeczywiście, gdy wypowiedziała te słowa, jej czarne brwi ściągnęły się nad złocistymi ślepiami w zaniepokojeniu.
– Nie mów mu ok? Nie mów mu o tym, on i tak za dużo dźwiga. – Mildred mimo że była chodzącym problemem, bardzo nie chciała dokładać bratu. Tylko po prostu czasem życie bolało ją tak kurewsko, że nie dawała sobie z nim rady, nie dawała sobie rady ze sobą i zwyczajnie, najzwyczajniej chciała zniknąć. Odlecieć. Przestać być.
No tylko to niebycie skończyło się całkiem niefajnie, więc teraz ganiła się bardzo za te myśli, kiedy wracały, bo przecież to nie jest tak, że te kurwie jak raz się już przylepią do głowy, to odchodzą tak łatwo.
– Tak sobie pomyślałam... masz jeszcze odrobinę złotej spożywczej? Ten czarny to jednak trochę jak na pogrzeb, a to nie jest pogrzeb co nie? No bo ja żyje. Co myślisz? Jebniemy jakimś takim artystycznym chlustem przez em...fundant? fondant? – obróciła się ku niemu próbując zmienić temat.
– A tak to wszystko gotowe, mam nadzieję, że zostaniesz? – upewniła się tylko, choć nie potrafiła sobie przypomnieć czy w ferworze przygotowań go rzeczywiście zaprosiła czy tylko zalała fantazjami na temat czekoladowego tortu z czekoladą, oblanego czekolada i najlepiej jeszcze dżem czekoladowy na przełamanie smaku i w ogóle to czarny z zewnątrz jak kolor jej włosów. – Mmm... mógłbys już zostać, pochlapiemy tort i powróżę Ci z fusów, będzie fajnie. – Obecność kogoś obok gwarantowała zawsze, że jak pojawią się jakieś zwidy, to druga osoba szybko je zweryfikuje. Win-win! No i zapach, jaki miały sny Bertiego były... słodkie. Pozbawione goryczy żałoby, niepokojów wojny. Był kojący. Za słodki na dłuższą metę, ale teraz, po nocy spędzonej w Warowni idealny
– Nie mów mu ok? Nie mów mu o tym, on i tak za dużo dźwiga. – Mildred mimo że była chodzącym problemem, bardzo nie chciała dokładać bratu. Tylko po prostu czasem życie bolało ją tak kurewsko, że nie dawała sobie z nim rady, nie dawała sobie rady ze sobą i zwyczajnie, najzwyczajniej chciała zniknąć. Odlecieć. Przestać być.
No tylko to niebycie skończyło się całkiem niefajnie, więc teraz ganiła się bardzo za te myśli, kiedy wracały, bo przecież to nie jest tak, że te kurwie jak raz się już przylepią do głowy, to odchodzą tak łatwo.
– Tak sobie pomyślałam... masz jeszcze odrobinę złotej spożywczej? Ten czarny to jednak trochę jak na pogrzeb, a to nie jest pogrzeb co nie? No bo ja żyje. Co myślisz? Jebniemy jakimś takim artystycznym chlustem przez em...fundant? fondant? – obróciła się ku niemu próbując zmienić temat.
– A tak to wszystko gotowe, mam nadzieję, że zostaniesz? – upewniła się tylko, choć nie potrafiła sobie przypomnieć czy w ferworze przygotowań go rzeczywiście zaprosiła czy tylko zalała fantazjami na temat czekoladowego tortu z czekoladą, oblanego czekolada i najlepiej jeszcze dżem czekoladowy na przełamanie smaku i w ogóle to czarny z zewnątrz jak kolor jej włosów. – Mmm... mógłbys już zostać, pochlapiemy tort i powróżę Ci z fusów, będzie fajnie. – Obecność kogoś obok gwarantowała zawsze, że jak pojawią się jakieś zwidy, to druga osoba szybko je zweryfikuje. Win-win! No i zapach, jaki miały sny Bertiego były... słodkie. Pozbawione goryczy żałoby, niepokojów wojny. Był kojący. Za słodki na dłuższą metę, ale teraz, po nocy spędzonej w Warowni idealny