Ciekawie obserwowało się reakcję drugich osób, które myślały, że znają Nicholasa wystarczająco, aby nie spodziewać się zachowań i gestów, jakich nie używał na co dzień. Travers był jak chodząca zagadka. Nawet koledzy i koleżanki z pracy, nie potrafili go rozgryźć. Wielu mogło uważać, że praca w Komnacie Śmierci, oddanie się badaniom tego poziomu, mogło sprawić, że zaprzyjaźnił się z samą śmiercią. Jeżeli ją kiedykolwiek spotkał.
Musiał się tłumaczyć, aby zapewnić Rodolphusa, że mimo swojej znajomości z Laurentem Prewettem, nie działał na niekorzyść organizacji. I choć sam myślał o ograniczeniu spotkań, to jednak nie mógł tego nagle zrobić. Za bardzo zrzuciłby na siebie światło podejrzenia.
Temat został na ten moment zakończony, kiedy Nicholas udał się wysłać listy. Dopiero po tym, wrócił do salonu. Stał przy oknie rozmyślając. Analizując. Nie tylko sytuację związaną z Prewetem, ale i co ze sobą zrobić w reszcie dnia.
Słysząc Lestrange’a, najpewniej słowa brzmiące żartem aby rozluźnić atmosferę, albo panującą ciszę, Travers uniósł lekko kącik ust w delikatnym uśmiechu.
Odpowiedział, jakby myślał, że Lestrange mówił na serio. Doceniał jego troskę, że odradzał mu ekstremalnych pomysłów na spędzenie czasu tego dnia.
Odszedł od okna i podszedł do kanapy, na której usiadł obok Rodolphusa. Chwilę jeszcze milczał, jakby szukał słów aby zadać mu pewne pytanie.
- Orientujesz się może, czy Twoja rodzina pracuje nad lekarstwami lub eliksirami, całkowicie wyleczającymi choroby?
Zapytał w końcu. Nie liczył na zadowalającą odpowiedź, gdyż zapewne nie wszystkie choroby da się wyleczyć za jednym machnięciem różdżki. Wiedział, że Lestrange’owie słynęli z posiadania szerokiej wiedzy i umiejętności z zakresu uzdrawiania, leczenia czy tworzenia eliksirów. Przynajmniej pewna część ich członków rodziny. Nicholas szukał możliwych sposobów, aby skutecznie wyleczyć się z choroby serca. Posiadanie jej, dawało niepewność w angażowaniu się w misje zlecane przez Czarnego Pana i jego zastępów. A także ze strony Mulcibera.