21.06.2024, 09:22 ✶
Leki pomagały.
Leki miały pomagać.
Leki chuja dawały.
Leki tylko pogarszały sprawę.
Kocioł jaki się odjebał w głowie Mildred prawdziwie był gigantyczny, a serce nie tyle potrzaskane co drastycznie nieobecne w klatce piersiowej, rozcięte na tysiące małych kawałeczków wołających z głębin niekończącym pragnieniem bycia zauważoną.
Czerń niebycia, szarość majaków, biel lecznicy. To wszystko nie przygotowało ją na kolory, ekstatyczne barwy wibrującego wkoło świata, który pożerał ją i wypluwał od kilku ledwie dni. Nie, to ona sama wskakiwała do jego paszczy, wygłodniała bodźców choć przerażona nimi. Jak ćma wskakująca do ognia, niepomna na własną destrukcję. Tak jej przepowiedziano. Siedem złocistych kielichów, a każdy piękniejszy od drugiego. Atencja, miłość, dostawała to przecież na każdym kroku, bliscy trzęśli się nad nią jak nad jajkiem. Wciąż jednak było mało, wciąż za mało, wiatr wiał szarpiąc ją i ciskając po czasie i przestrzeni, nie dając chwili by mogła zastanowić się nad tym co czynią jej ręce, co mówią usta.
Miała dość. Musiała się w końcu schować gdzieś, musiała umknąć przed wiatrem, przed spojrzeniami, przed przeszłością. Przyznać przed sobą, że zapomniała o tych jebanych eliksirach przed wyjściem, przecież miała tylko rozmówić się z Rosierem i wracać. Tymczasem zafundowała sobie, ON jej zafundował emocjonalny rollercaster, kilka spotkań, kilka interakcji, które będzie z pewnością rozdrapywać w bezsenne noce, korowodem upokorzenia i szyderstw.
Kroki poniosły same, wzdłuż rezydencji, im dalej od głosów w ogrodzie tym lepiej, choć czy można było uniknąć tych w swojej głowie, które nie dawały wcale tak łatwo o sobie zapomnieć? Głosy teraz, głosy kiedyś, głosy wyśnione i umarłe, zszarzałe twarze tych, którzy odeszli.
Kiedy go zobaczyła po raz pierwszy zwątpiła. W złocistych tęczówkach odbił się strach, choć nie był podyktowany strachem przed nim, a strachem kwestionującym zastaną percepowaną rzeczywistość. Te same zmęczone oczy, ten sam głos, papierosy, to była jedna noc, ale zdarzało jej się ją śnić, zdarzało jej się wracać do dotyku po odsłoniętej czaszce, który nie bolał, nie oceniał. Który po prostu był. Podeszła więc, jak łania, która uznała, że zapach marchewki jest zbyt kuszący, by czmychać przed człowiekiem. Jej dłoń jednak nie powędrowała do papierosów, a bezpośrednio między wzburzone kosmyki włosów, których tak bardzo brakowało jej poprzednim razem. Nie było w tym geście agresji, nie było nawet zaborczości, wręcz przeciwnie, przemierzała opuszkami skalp delikatnie, czule, jak bogini, która w końcu wysłuchała modłów umęczonej duszy. Ona tego potrzebowała, uwagi. On jej potrzebował. Jak lustro, a te odbijały wzajem boleść i głód w nieskończoności polerowanego srebra skrytego za szklaną taflą.
– Mi się też już raczej nie przyda. Sukienka w sensie. – Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu, by uprzeć jego skroń o swój brzuch, zagarnąć go w objęciu, zabrać łzy, powitać, ukorzenić się. Był ćmą, taką samą jak ona. Ćmą o przypalonych skrzydłach, która chciała tylko przez moment poczuć się motylem cieszącym w blasku słońca.
Dłońmi głaskała umęczoną głowę, otulając skołtunione, tak, jakby samej sobie chciała w ten sposób pomóc, jakby sama chciała, by ktoś głaskał ją. Dziwne, szalone, widzieli się raz, bełkocząc coś o rajdzie po amerykańskim wybrzeżu i widowiskowej śmierci. Pomógł jej zrozumieć czego pragnie, choć nie były to marzenia, które kiedykolwiek powinny otworzyć swoje przegnite usta.
– Ładnie Ci w dłuższych włosach – przyznała. – Ładnie Ci w tych ciuchach. Też marzysz o tym, żeby wyrwać się stąd, ubrać normalnie i iść do jakiejś knajpy się najebać jak człowiek, a nie jakaś pieprzona lalka tańcząca jak jej czyściuchy zagrają?
Leki miały pomagać.
Leki chuja dawały.
Leki tylko pogarszały sprawę.
Kocioł jaki się odjebał w głowie Mildred prawdziwie był gigantyczny, a serce nie tyle potrzaskane co drastycznie nieobecne w klatce piersiowej, rozcięte na tysiące małych kawałeczków wołających z głębin niekończącym pragnieniem bycia zauważoną.
Czerń niebycia, szarość majaków, biel lecznicy. To wszystko nie przygotowało ją na kolory, ekstatyczne barwy wibrującego wkoło świata, który pożerał ją i wypluwał od kilku ledwie dni. Nie, to ona sama wskakiwała do jego paszczy, wygłodniała bodźców choć przerażona nimi. Jak ćma wskakująca do ognia, niepomna na własną destrukcję. Tak jej przepowiedziano. Siedem złocistych kielichów, a każdy piękniejszy od drugiego. Atencja, miłość, dostawała to przecież na każdym kroku, bliscy trzęśli się nad nią jak nad jajkiem. Wciąż jednak było mało, wciąż za mało, wiatr wiał szarpiąc ją i ciskając po czasie i przestrzeni, nie dając chwili by mogła zastanowić się nad tym co czynią jej ręce, co mówią usta.
Miała dość. Musiała się w końcu schować gdzieś, musiała umknąć przed wiatrem, przed spojrzeniami, przed przeszłością. Przyznać przed sobą, że zapomniała o tych jebanych eliksirach przed wyjściem, przecież miała tylko rozmówić się z Rosierem i wracać. Tymczasem zafundowała sobie, ON jej zafundował emocjonalny rollercaster, kilka spotkań, kilka interakcji, które będzie z pewnością rozdrapywać w bezsenne noce, korowodem upokorzenia i szyderstw.
Kroki poniosły same, wzdłuż rezydencji, im dalej od głosów w ogrodzie tym lepiej, choć czy można było uniknąć tych w swojej głowie, które nie dawały wcale tak łatwo o sobie zapomnieć? Głosy teraz, głosy kiedyś, głosy wyśnione i umarłe, zszarzałe twarze tych, którzy odeszli.
Kiedy go zobaczyła po raz pierwszy zwątpiła. W złocistych tęczówkach odbił się strach, choć nie był podyktowany strachem przed nim, a strachem kwestionującym zastaną percepowaną rzeczywistość. Te same zmęczone oczy, ten sam głos, papierosy, to była jedna noc, ale zdarzało jej się ją śnić, zdarzało jej się wracać do dotyku po odsłoniętej czaszce, który nie bolał, nie oceniał. Który po prostu był. Podeszła więc, jak łania, która uznała, że zapach marchewki jest zbyt kuszący, by czmychać przed człowiekiem. Jej dłoń jednak nie powędrowała do papierosów, a bezpośrednio między wzburzone kosmyki włosów, których tak bardzo brakowało jej poprzednim razem. Nie było w tym geście agresji, nie było nawet zaborczości, wręcz przeciwnie, przemierzała opuszkami skalp delikatnie, czule, jak bogini, która w końcu wysłuchała modłów umęczonej duszy. Ona tego potrzebowała, uwagi. On jej potrzebował. Jak lustro, a te odbijały wzajem boleść i głód w nieskończoności polerowanego srebra skrytego za szklaną taflą.
– Mi się też już raczej nie przyda. Sukienka w sensie. – Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu, by uprzeć jego skroń o swój brzuch, zagarnąć go w objęciu, zabrać łzy, powitać, ukorzenić się. Był ćmą, taką samą jak ona. Ćmą o przypalonych skrzydłach, która chciała tylko przez moment poczuć się motylem cieszącym w blasku słońca.
Dłońmi głaskała umęczoną głowę, otulając skołtunione, tak, jakby samej sobie chciała w ten sposób pomóc, jakby sama chciała, by ktoś głaskał ją. Dziwne, szalone, widzieli się raz, bełkocząc coś o rajdzie po amerykańskim wybrzeżu i widowiskowej śmierci. Pomógł jej zrozumieć czego pragnie, choć nie były to marzenia, które kiedykolwiek powinny otworzyć swoje przegnite usta.
– Ładnie Ci w dłuższych włosach – przyznała. – Ładnie Ci w tych ciuchach. Też marzysz o tym, żeby wyrwać się stąd, ubrać normalnie i iść do jakiejś knajpy się najebać jak człowiek, a nie jakaś pieprzona lalka tańcząca jak jej czyściuchy zagrają?