21.06.2024, 17:11 ✶
Wdech, wydech, koszmar, sen, wdech, koszmar, nie... sen. Wdech. Jak to było? Pięć rzeczy, które się widzi szybko... czerń, czerwień, róże, namioty, Chrstopher. Dobrze. Cztery rzeczy, które się słyszy. Cztery. Hałas. Śmiech. Muzyka. Brzęk tłuczonego szkła. Kwik jakiegoś zwierzęcia, kolejna ofiara drinków. Trzy które się czuje. Spalenizna, nie... nie ma ognia, nie ma ognia, nie ma. Woda kolońska Chrisa, butelka za kilkaset galeonów, to pewne. Papierosy. To wspomnienie. Lepka maź trzymająca włosy na uwięzi. Otarła opuszki o siebie, uciekając wzrokiem w kierunku sali, zbierając myśli, uczucia ze skóry, ciało nagie, choć zakryte udrapowanym brzoskwiniowym jedwabiem. Oblizała wargi. Nie miało jej tu być. Chciała tu być. Chciała uciec. Chciała zapaść się pod ziemię. Chciała tańczyć na środku sali, uwodząc własnego terapeutę. Czego chciała? Sen.
– Przykro mi, że tak wyszło. Miło mi się z Tobą tańczyło – złociste ślepia zogniskowały się na Rosierze, jak dwa lśniące topazy, zgodnie z jego myślą, nie potrzebowała zbyt wiele, by wydobyć swoje piękno. To zaklęte w ciele. Duszę miała przeżartą czernią, ale on o tym jeszcze nie miał prawa wiedzieć. – Chciałam... widziałam tu swoich znajomych, chciałam ich zaskoczyć, bo nigdy wiesz... – opuściła wzrok na dłonie, w wymówce, która zdała jej się najbardziej odpowiednia, kobieca. – Czy kopciuszek nie miał szansy dotrzymać chociaż do północy? – Zapytała, pozwalając sobie na uśmiech niewiniątka, który działał zdecydowanie lepiej, gdy widział go ktoś, kto nigdy nie słyszał jak piękne wiązaneczki potrafi dziergać w gniewie (i nie tylko) panna Moody. – Nie pomoże Ci na to jakiś mm... eliksir? Może wieczór nie jest jeszcze stracony Chris? – Dlaczego chciała zostać? Być może, to próżność, być może wrodzony masochizm, ale przecież... możę jej wymówka nie była do końca zmyślona? Musi podejść chociaż do Stonks, gdzieś mignął jej papcio Morfina, oboje widywali ją w najgorszym stanie z możliwych, mogliby zobaczyć ją i w wersji de lux.
– Przykro mi, że tak wyszło. Miło mi się z Tobą tańczyło – złociste ślepia zogniskowały się na Rosierze, jak dwa lśniące topazy, zgodnie z jego myślą, nie potrzebowała zbyt wiele, by wydobyć swoje piękno. To zaklęte w ciele. Duszę miała przeżartą czernią, ale on o tym jeszcze nie miał prawa wiedzieć. – Chciałam... widziałam tu swoich znajomych, chciałam ich zaskoczyć, bo nigdy wiesz... – opuściła wzrok na dłonie, w wymówce, która zdała jej się najbardziej odpowiednia, kobieca. – Czy kopciuszek nie miał szansy dotrzymać chociaż do północy? – Zapytała, pozwalając sobie na uśmiech niewiniątka, który działał zdecydowanie lepiej, gdy widział go ktoś, kto nigdy nie słyszał jak piękne wiązaneczki potrafi dziergać w gniewie (i nie tylko) panna Moody. – Nie pomoże Ci na to jakiś mm... eliksir? Może wieczór nie jest jeszcze stracony Chris? – Dlaczego chciała zostać? Być może, to próżność, być może wrodzony masochizm, ale przecież... możę jej wymówka nie była do końca zmyślona? Musi podejść chociaż do Stonks, gdzieś mignął jej papcio Morfina, oboje widywali ją w najgorszym stanie z możliwych, mogliby zobaczyć ją i w wersji de lux.