21.06.2024, 18:02 ✶
To był dobry deal. Mogła udawać. Mogła udawać normalną. Mogła udawać dziewczynę taką jaką Isaac chciałby mieć. To nie byłoby takie trudne, przecież pamiętała Olivię, rozdrapywała tę ranę bardziej regularnie niż chciałaby przyznać. Zwykła dziewczyna z sąsiedztwa. Uczynna. Łagodna. Uśmiechnięta. To się da załatwić. Na jeden wieczór mogła założyć nie tylko tą maskę, która zdobiła teraz jej twarz. Na jeden wieczór mogła założyć jeszcze jedną. Uczynną. Łagodną. Uśmiechniętą. Ujęła proponowaną dłoń i zbliżyła się do Isaaca, gdy ten prowadził ją na parkiet. Szczupła dłoń ześlizgnęła się po męskiej piersi, druga zatoczyła krąg, złożona na ramieniu. Drobna istota wsparta na silnej męskiej ramie, ach... mogła udawać. Mogło być miło. Jeden wieczór.
Nawet jeśli gubiła co chwila rytm i deptała mu po nogach.
Rzeczy działy się tak szybko.
To nie jest tak, że Mildred nigdy nie tańczyła. Wręcz przeciwnie, spędziła kilka bardzo intensywnych miesięcy na dyskotekach przeróżnej maści. Teraz jednak była może... osłabiona? Tak, to na pewno leki, na pewno miesiąc leżenia i dwa miesiące zamknięcia. Ledwie tchu jej starczało, gdy Isaac wziął ją w obroty. Niemalże spadła jej maska, a pantofelek... cóż został gdzieś na drugim końcu otoczonej drzewami polanki. Millie śmiała się serdecznie, trzymając mocno swojego dawnego kogoś w objęciu, by się nie przewrócić.
– Błagam Cię, straciłam kurwa buta, jakbym była jakimś pieprzonym Kopciuszkiem! Zaraz Ci powiem, że jeśli nie wrócę do domu przed północą, to jestem martwa, a ta zabawa chyba nawet tak długo nie będzie trwać! – chichotała cały czas podskakując na jednej nodze. – Za taką naukę tańca to ja dziękuję, chcesz mnie kurwa w tym lesie zabić chyba podstępny zającu! – wciąż chichotała, chociaż w sumie to kręciło jej się w głowie. – Skacz po tego mojego buta, no przecież nie będę kuśtykać, ja księżniczka pierdolonych elfów! – dodała opierając się znów o ladę baru, ale uśmiech, który mu ofiarowała był ciepły, a dotyk opuszków za uchem całkiem przyjemny i milszy od "końskich" zalotów zapamiętanych z czasów Hogwartu.
Nawet jeśli gubiła co chwila rytm i deptała mu po nogach.
Rzeczy działy się tak szybko.
To nie jest tak, że Mildred nigdy nie tańczyła. Wręcz przeciwnie, spędziła kilka bardzo intensywnych miesięcy na dyskotekach przeróżnej maści. Teraz jednak była może... osłabiona? Tak, to na pewno leki, na pewno miesiąc leżenia i dwa miesiące zamknięcia. Ledwie tchu jej starczało, gdy Isaac wziął ją w obroty. Niemalże spadła jej maska, a pantofelek... cóż został gdzieś na drugim końcu otoczonej drzewami polanki. Millie śmiała się serdecznie, trzymając mocno swojego dawnego kogoś w objęciu, by się nie przewrócić.
– Błagam Cię, straciłam kurwa buta, jakbym była jakimś pieprzonym Kopciuszkiem! Zaraz Ci powiem, że jeśli nie wrócę do domu przed północą, to jestem martwa, a ta zabawa chyba nawet tak długo nie będzie trwać! – chichotała cały czas podskakując na jednej nodze. – Za taką naukę tańca to ja dziękuję, chcesz mnie kurwa w tym lesie zabić chyba podstępny zającu! – wciąż chichotała, chociaż w sumie to kręciło jej się w głowie. – Skacz po tego mojego buta, no przecież nie będę kuśtykać, ja księżniczka pierdolonych elfów! – dodała opierając się znów o ladę baru, ale uśmiech, który mu ofiarowała był ciepły, a dotyk opuszków za uchem całkiem przyjemny i milszy od "końskich" zalotów zapamiętanych z czasów Hogwartu.