21.06.2024, 23:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2024, 00:02 przez Brenna Longbottom.)
– Tak naprawdę nie wiem – przyznała Brenna, rozkładając bezradnie ręce. Widziała, jak schwytany śmierciożerca szalał, gdy patrzył w ogień, jak próbował rzucić się w płomienie, jak łkał, oglądając w nich obrazy widoczne tylko dla niego, ale to był jedyny punkt odniesienia, jaki miała: żadne z nich nie zachowywało się wtedy w ten sposób. Czy wosk ze świec uchronił ich przed czymś gorszym? Nie umiała powiedzieć. – Limbo, magiczny ogień, zepsute rytuały, ja się na tym zupełnie nie znam.
To były sprawy, które ją przerastały i to nie tylko dlatego, że nie miała dość wiedzy i doświadczenia, aby je ogarnąć. Brenna zawsze uważała się za istotę mocno przyziemną, i nawet nigdy dotąd nie chciała myśleć o takich rzeczach – które przydarzały się bohaterom książek, a nie zwykłym ludziom, takim jak ona.
*
Brenna przypatrywała się mu przez chwilę z trochę dziwną miną, niepewna, czy auror sobie z niej żartuje, czy mówi poważnie. To był ten rzadki przypadek, gdy plotka przerastała rzeczywistość, bo chociaż wsadzenie komuś rzeźby – kutasa do nosa było zapewne dziwniejsze niż rozbicie na tymże nosie takiej świeczki, to po dodaniu całej otoczki w rodzaju bijących się McKinnona i Mulcibera, skakania po stoiskach, obrywania własnym zaklęciem i składania zgłoszeń, gdy obok ktoś doznawał zawału… wszystko stawało się wręcz surrealistyczne.
– Zastanawiałabym się, czy mnie nie wkręcasz, ale to tak dziwaczne, że musi być prawdziwe – powiedziała w końcu, postanawiając nie kwestionować ile jest prawdy w jego słowach, tak naprawdę nie tyleż ze względu na to, jak absurdalna była historyjka, ale że pomyślała o tych wszystkich razach, kiedy sama przedstawiała absolutnie szalone opowieści innym. Pokręciła tylko głową, w lekkim niedowierzaniu, chociaż sama chyba jednak nie żałowała, że tego nie widziała, bo musiałaby się pewnie wtedy wmieszać, a wtedy to zrobiłoby się trochę skomplikowane. – Nie powinnam pytać, zaraz zacznę się tu śmiać, a to miejsce zbrodni – stwierdziła, chociaż zdołała powstrzymać chichot. Nadludzkim niemal wysiłkiem. Powtarzając sobie, że nie może chichotać nad ofiara morderstwa. Nawet jak stała od niej dobre kilkanaście metrów. - Wpadłam raz na Notta. Nie sądziłam, że hm, jest jakiś zły, chociaż może zachowuje się trochę sztywno, bo był tak miły, że kupił mi kawę, jak uznał, że mnie nie stać i dał nawet parę galeonów.
A ona była tym raczej rozbawiona niż zezłoszczona, zapewne dlatego, że przywilej urodzenia w bogatej rodzinie pozwalał jej patrzeć na pewne rzeczy przez palce. Gdyby naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, mogłaby mieć do sytuacji dużo mniej dystansu.
– Nawet kilka, na przykład, że to dlatego, że oświadczył się twojej siostrze, a tobie się to nie spodobało, ale ostatnia wersja głosi, że postanowiłeś wziąć sprawę w swoje ręce po honorowym pojedynku, i dokończyć, czego nie dał rady Louvain, bo śmiertelnie kochasz Lorettę Lestrange – wyjawiła, a potem obróciła się na dźwięk trzasku aportacji. Koroner wreszcie dotarł.
To były sprawy, które ją przerastały i to nie tylko dlatego, że nie miała dość wiedzy i doświadczenia, aby je ogarnąć. Brenna zawsze uważała się za istotę mocno przyziemną, i nawet nigdy dotąd nie chciała myśleć o takich rzeczach – które przydarzały się bohaterom książek, a nie zwykłym ludziom, takim jak ona.
*
Brenna przypatrywała się mu przez chwilę z trochę dziwną miną, niepewna, czy auror sobie z niej żartuje, czy mówi poważnie. To był ten rzadki przypadek, gdy plotka przerastała rzeczywistość, bo chociaż wsadzenie komuś rzeźby – kutasa do nosa było zapewne dziwniejsze niż rozbicie na tymże nosie takiej świeczki, to po dodaniu całej otoczki w rodzaju bijących się McKinnona i Mulcibera, skakania po stoiskach, obrywania własnym zaklęciem i składania zgłoszeń, gdy obok ktoś doznawał zawału… wszystko stawało się wręcz surrealistyczne.
– Zastanawiałabym się, czy mnie nie wkręcasz, ale to tak dziwaczne, że musi być prawdziwe – powiedziała w końcu, postanawiając nie kwestionować ile jest prawdy w jego słowach, tak naprawdę nie tyleż ze względu na to, jak absurdalna była historyjka, ale że pomyślała o tych wszystkich razach, kiedy sama przedstawiała absolutnie szalone opowieści innym. Pokręciła tylko głową, w lekkim niedowierzaniu, chociaż sama chyba jednak nie żałowała, że tego nie widziała, bo musiałaby się pewnie wtedy wmieszać, a wtedy to zrobiłoby się trochę skomplikowane. – Nie powinnam pytać, zaraz zacznę się tu śmiać, a to miejsce zbrodni – stwierdziła, chociaż zdołała powstrzymać chichot. Nadludzkim niemal wysiłkiem. Powtarzając sobie, że nie może chichotać nad ofiara morderstwa. Nawet jak stała od niej dobre kilkanaście metrów. - Wpadłam raz na Notta. Nie sądziłam, że hm, jest jakiś zły, chociaż może zachowuje się trochę sztywno, bo był tak miły, że kupił mi kawę, jak uznał, że mnie nie stać i dał nawet parę galeonów.
A ona była tym raczej rozbawiona niż zezłoszczona, zapewne dlatego, że przywilej urodzenia w bogatej rodzinie pozwalał jej patrzeć na pewne rzeczy przez palce. Gdyby naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, mogłaby mieć do sytuacji dużo mniej dystansu.
– Nawet kilka, na przykład, że to dlatego, że oświadczył się twojej siostrze, a tobie się to nie spodobało, ale ostatnia wersja głosi, że postanowiłeś wziąć sprawę w swoje ręce po honorowym pojedynku, i dokończyć, czego nie dał rady Louvain, bo śmiertelnie kochasz Lorettę Lestrange – wyjawiła, a potem obróciła się na dźwięk trzasku aportacji. Koroner wreszcie dotarł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.