22.06.2024, 00:29 ✶
Zawsze było trochę raźniej, wypatrzeć znajomą twarz – i to kogoś, kto raczej nie będzie się zastanawiał, co tutaj robi. Może dziwnie czułaby się, gdyby Zakon stawił się tutaj w komplecie, gdy ceremonia miała nie być wielka, ale dobrze było wiedzieć, że ktoś ostatecznie zdecydował się przyjść tak, jak ona. Kiedy więc skończyły się przemowy, a grób zasypano, Brenna skierowała się ku Thomasowi, również nie zamierzając przepychać się na przód, by złożyć kwiaty jako jedna z pierwszych. Wyciągnęła lewą rękę (bo w prawej trzymała własny bukiet), by wskazać na trzymaną przez Figga doniczkę.
– Ładne – powiedziała, uśmiechając się do niego, chociaż to był uśmiech blady, niepodszyty prawdziwą wesołością. To nie tak, że nie umiała się uśmiechać, bo Jason umarł: świat nie zatrzymał się w miejscu, a ona uśmiechała się i plotła radośnie i tego ranka, mniej lub bardziej szczerze. Ale tu i teraz czerń, spychana wcześniej gdzieś na dno ducha i serca, spowijała ją ciasnym całunem, znacznie głębsza i ciemniejsza niż kolor jej wybranych na pogrzeb ubrań. – Pewnie by mu się spodobały – dodała. Nie miała już oporu wobec rozmowy, główna część uroczystości dobiegła końca, parę osób złożyło kwiaty i ruszało do wyjścia, ktoś podszedł do stojącego nieco z boku Jonathana Meadowesa. Brenna wiedziała, że sama powinna z nim porozmawiać – ale nie chciała robić tego tu i teraz. Rozmawiali zresztą już wcześniej, gdy przetransportowano go z Catherine do Warowni, i teraz wolała nie obnosić się z tym, że się znają.
Gdy więc inni odeszli od grobu, ruszyła do niego za Thomasem, a kiedy on umieścił tam swoje kwiaty, ona też położyła wiązankę pośród kilka innych bukietów.
Też zastanawiała się, ile pogrzebów ich jeszcze czeka. Kto będzie następny. Ale nie zamierzała mówić tego głośno: wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, a miała wrażenie, że gdyby okazała zwątpienie, kiedy inni przywykli do jej pogody, mogłoby to trochę źle wpłynąć na morale.
Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe, powiedział Dumbledore niedługo po zaczęciu wojny. Chyba nie sądziła wtedy, że wybieranie tego, co słuszne, będzie aż tak cholernie trudne.
– Chciałabym móc mu obiecać, że dopadniemy winnych, ale to może trochę nam zająć – powiedziała więc zamiast tego, dość cicho, chociaż nad grobem zostali już tylko oni dwoje.
– Ładne – powiedziała, uśmiechając się do niego, chociaż to był uśmiech blady, niepodszyty prawdziwą wesołością. To nie tak, że nie umiała się uśmiechać, bo Jason umarł: świat nie zatrzymał się w miejscu, a ona uśmiechała się i plotła radośnie i tego ranka, mniej lub bardziej szczerze. Ale tu i teraz czerń, spychana wcześniej gdzieś na dno ducha i serca, spowijała ją ciasnym całunem, znacznie głębsza i ciemniejsza niż kolor jej wybranych na pogrzeb ubrań. – Pewnie by mu się spodobały – dodała. Nie miała już oporu wobec rozmowy, główna część uroczystości dobiegła końca, parę osób złożyło kwiaty i ruszało do wyjścia, ktoś podszedł do stojącego nieco z boku Jonathana Meadowesa. Brenna wiedziała, że sama powinna z nim porozmawiać – ale nie chciała robić tego tu i teraz. Rozmawiali zresztą już wcześniej, gdy przetransportowano go z Catherine do Warowni, i teraz wolała nie obnosić się z tym, że się znają.
Gdy więc inni odeszli od grobu, ruszyła do niego za Thomasem, a kiedy on umieścił tam swoje kwiaty, ona też położyła wiązankę pośród kilka innych bukietów.
Też zastanawiała się, ile pogrzebów ich jeszcze czeka. Kto będzie następny. Ale nie zamierzała mówić tego głośno: wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, a miała wrażenie, że gdyby okazała zwątpienie, kiedy inni przywykli do jej pogody, mogłoby to trochę źle wpłynąć na morale.
Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe, powiedział Dumbledore niedługo po zaczęciu wojny. Chyba nie sądziła wtedy, że wybieranie tego, co słuszne, będzie aż tak cholernie trudne.
– Chciałabym móc mu obiecać, że dopadniemy winnych, ale to może trochę nam zająć – powiedziała więc zamiast tego, dość cicho, chociaż nad grobem zostali już tylko oni dwoje.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.