Jeszcze dwa wdechy i wszystko będzie z nim dobrze.
Wdech, wydech.
Wdech, wydech.
Nic nie było dobrze, jedynie zadławił się powietrzem, jakby nie radził już sobie z podstawowymi, życiowymi czynnościami. Jednocześnie wszystko było, a przynajmniej miało się takim stać - pozostawało tylko pytanie jak poradzić sobie z tym, co było tu i teraz, a może to był znak od wszechświata, że nie potrzebował radzić sobie z tym wcale...? Crow nie znał odpowiedzi na takie pytania. Nie sądził też, aby ten stan rzeczy miał się kiedykolwiek zmienić. Może i był mądry, ale i tak nie rozumiał. Za to niesamowicie mocno czuł. Ta scena się zmieniła, zmienił się jej nastrój, a wraz z nim zmianie uległ rytm bicia jego serca - nie zmieniła się jedynie jej intensywność. No masz, znowu płaczesz - brzmiało to trochę, jakby miał się przed tym wstrzymywać, ale on nie chciał tego robić, człowiek nie był w stanie wytrzymać, dusząc w sobie tylu rzeczy.
- A czego innego się spodziewasz, że opłakuję swój okres panieński? - Zapytał cichutko, przez te łzy. Łzy, które nie były do końca łzami szczęścia. To szczęście gdzieś tam było, ale głównie... napięcie. Tak silne, niemające dobrego ujścia, chciałby móc je jakkolwiek rozładować, ale przy tym człowieku? Czy to było w ogóle możliwe? Crow od zawsze uwielbiał dotyk i poszukiwał w nim uczucia komfortu, ale bliskość z Cainem była czymś więcej, ich sprzeczka sprzed chwili znów odpłynęła z siną dal, bliżej mu było myślami do zaczesywania niesfornych kosmyków włosów za ucho Wiedźmina i uśmiechania się przy tym tępo. Kiedy ta euforia się rozpłynie, niewątpliwie przypomni sobie o słowach, jakimi został pocięty jak mieczem i zmarszczy brwi, dostrzegając jak wiele pytań zostało porzuconych bez odpowiedzi i zaraz przykryje je pierwsza z wielu warstw kurzu. Powinien się o to obrażać? Czy jednak dziękować za kogoś, kto czasami tak sprawnie unikał konfliktów?
Gdyby złapał tę zarzutkę i postanowił powymieniać się nieprzyjemnymi tekstami, drążąc niedoskonałości ich relacji, nie skończyłoby się pewnie na panicznych, dziewczyńskich uderzeniach otwartych dłoni o jego klatkę piersiową. Zamiast tego mógł wycofać się o krok, opierając lędźwia o parapet i trzymając go blisko. Silne uderzenia i hałas wewnątrz ciała, gwałtowne i głośne jak taran wjeżdżający w kamienną ścianę, powoli znikały - u niego jednak nie ustępowały ciszy. Czuł się, jakby z jego ciała próbował wydostać się z tuzin słowików, naciskały go w nieodpowiednich miejscach, łaskotały, urzekały swoim śpiewem, ale jednocześnie oddalały od skupienia na temacie.
To może jeszcze dwa?
Oddychał, nie puszczając jego szyi, bo jeszcze się okaże, że to wszystko była nieprawda. Nigdy go już nie wypuści, jeżeli tylko pozwoli to ziścić temu, co wywołało w nim taką reakcję. Ten Wiedźmin wydawał mu się czasem być skałą, o którą mogły rozbijać się fale jego osobowowści. Sztorm jakim był potrafiłby zebrać wiele osób na plaży, zrujnować piękny klasztor na wybrzeżu. O niego spróbował rozbić się z impetem tylko po to, żeby skończyć zdezorientowanym i rozedrganym w jego objęciach.
- Cóż, chętnie spełniłbym twoją prośbę, ale... - ze mną nic nie jest proste. Mówił mu to już wiele razy. Był magnesem na kłopoty i niewygodę. - To jest daleko. Fontaine chciała wyruszyć tam rano, a Dante podobno jest już w drodze - przypomniał sobie. Ten smok najpewniej nie uratuje się tak czy siak.
Wdech, wydech.
Wdech, wydech.
Nic nie było dobrze, jedynie zadławił się powietrzem, jakby nie radził już sobie z podstawowymi, życiowymi czynnościami. Jednocześnie wszystko było, a przynajmniej miało się takim stać - pozostawało tylko pytanie jak poradzić sobie z tym, co było tu i teraz, a może to był znak od wszechświata, że nie potrzebował radzić sobie z tym wcale...? Crow nie znał odpowiedzi na takie pytania. Nie sądził też, aby ten stan rzeczy miał się kiedykolwiek zmienić. Może i był mądry, ale i tak nie rozumiał. Za to niesamowicie mocno czuł. Ta scena się zmieniła, zmienił się jej nastrój, a wraz z nim zmianie uległ rytm bicia jego serca - nie zmieniła się jedynie jej intensywność. No masz, znowu płaczesz - brzmiało to trochę, jakby miał się przed tym wstrzymywać, ale on nie chciał tego robić, człowiek nie był w stanie wytrzymać, dusząc w sobie tylu rzeczy.
- A czego innego się spodziewasz, że opłakuję swój okres panieński? - Zapytał cichutko, przez te łzy. Łzy, które nie były do końca łzami szczęścia. To szczęście gdzieś tam było, ale głównie... napięcie. Tak silne, niemające dobrego ujścia, chciałby móc je jakkolwiek rozładować, ale przy tym człowieku? Czy to było w ogóle możliwe? Crow od zawsze uwielbiał dotyk i poszukiwał w nim uczucia komfortu, ale bliskość z Cainem była czymś więcej, ich sprzeczka sprzed chwili znów odpłynęła z siną dal, bliżej mu było myślami do zaczesywania niesfornych kosmyków włosów za ucho Wiedźmina i uśmiechania się przy tym tępo. Kiedy ta euforia się rozpłynie, niewątpliwie przypomni sobie o słowach, jakimi został pocięty jak mieczem i zmarszczy brwi, dostrzegając jak wiele pytań zostało porzuconych bez odpowiedzi i zaraz przykryje je pierwsza z wielu warstw kurzu. Powinien się o to obrażać? Czy jednak dziękować za kogoś, kto czasami tak sprawnie unikał konfliktów?
Gdyby złapał tę zarzutkę i postanowił powymieniać się nieprzyjemnymi tekstami, drążąc niedoskonałości ich relacji, nie skończyłoby się pewnie na panicznych, dziewczyńskich uderzeniach otwartych dłoni o jego klatkę piersiową. Zamiast tego mógł wycofać się o krok, opierając lędźwia o parapet i trzymając go blisko. Silne uderzenia i hałas wewnątrz ciała, gwałtowne i głośne jak taran wjeżdżający w kamienną ścianę, powoli znikały - u niego jednak nie ustępowały ciszy. Czuł się, jakby z jego ciała próbował wydostać się z tuzin słowików, naciskały go w nieodpowiednich miejscach, łaskotały, urzekały swoim śpiewem, ale jednocześnie oddalały od skupienia na temacie.
To może jeszcze dwa?
Oddychał, nie puszczając jego szyi, bo jeszcze się okaże, że to wszystko była nieprawda. Nigdy go już nie wypuści, jeżeli tylko pozwoli to ziścić temu, co wywołało w nim taką reakcję. Ten Wiedźmin wydawał mu się czasem być skałą, o którą mogły rozbijać się fale jego osobowowści. Sztorm jakim był potrafiłby zebrać wiele osób na plaży, zrujnować piękny klasztor na wybrzeżu. O niego spróbował rozbić się z impetem tylko po to, żeby skończyć zdezorientowanym i rozedrganym w jego objęciach.
- Cóż, chętnie spełniłbym twoją prośbę, ale... - ze mną nic nie jest proste. Mówił mu to już wiele razy. Był magnesem na kłopoty i niewygodę. - To jest daleko. Fontaine chciała wyruszyć tam rano, a Dante podobno jest już w drodze - przypomniał sobie. Ten smok najpewniej nie uratuje się tak czy siak.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.