22.06.2024, 05:48 ✶
Bycie miłym drażniło Mildred jeszcze bardziej. Bycie miłym kojarzyło się Mildred z podstępem, ze słodkimi słówkami szeptanymi po to by zamaskować swoją paskudną naturę, podstęp, niczym ostrze ukryte w kwiatach. Jej brat był najlepszą osobą jaką znała. Najszlachetniejszą. Najwspanialszą. I zdecydowanie nie był miłą osobą. To się jej po prostu nie spinało.
W końcu nie wytrzymała i wybuchła:
– Jak TY możesz mieć niby problemy ze spaniem! – To brzmiało dziwacznie, przecież przed chwilą powiedziała, że wcale jej nie zna, ale... – Przecież masz kurwa wszystko! Normalny mózg! Normalną pracę! Normalną śliczną buzię ze swoim absolutnie normalnym kurwa słodkim jak ciągutki uśmiechem! JAK możesz mieć problemy ze spaniem, jakie kurwa koszmary? Jaka przeszłość? Eliksir Ci przywarł na gazie? Nie wiem... dostawa tych tam zielonych liści i nadgnitych korzonków nie przyszła na czas? Jakie kurwa demony? Przecież Twoje życie jest jebaną kwintesencją tego co chciałabym mieć! – I owszem, Mildred Moody chuja wiedziała na temat życia Olivii Quirke, jednocześnie uważając, że wie o nim wszystko. Wyidelizowane, zupełnie jakby Olivia była laleczką w pudełku, mającą całą nić produktów dedykowanych sobie i tylko sobie. – To przez Ciebie Isaac mnie olał, a teraz mi nie mydl oczu jakimiś kurwa demonami. Chuja Ci powiem. Problemy ze spaniem i tyle. A jak mi naplujesz do mojego zamówienia to będę wiedzieć ja i wszyscy, absolutnie wszyscy moi znajomi! – warczała, pluła się, miała ochotę ją rozszarpać, zeżreć serce, wątrobę i tak dwie słodziutkie, lekko gumiaste gałki oczne byle tylko przejąć jej ciało, jej duszę, jej życie. Twarz Olivii pasowała, by mieć aureole jasnych włosów. To się dało ogarnąc, to się dało załatwić.
Ściany pulsowały.
Nagle Millie skuliła się znikając za ladą. Złapała ciasno głowę ukrywając ją między kolanami.
Tętent wzmagał, falował, jakby to pokój był falującym sercem, ściany krwawiły, słyszała mlaskot zębów niespiesznie wgryzający się w tkankę. Czekała aż pożre samą siebie. Aż zje własne sny.
A przecież nie była tą złą, prawda? Przecież nie chciała tego tak na prawdę. Przecież widziała się z Isaaciem i dobrze, może miała sentyment, ale nie wytrzymałaby z nim tygodnia, bo wszystkie zęby powypadałyby jej od próchnicy.
W końcu nie wytrzymała i wybuchła:
– Jak TY możesz mieć niby problemy ze spaniem! – To brzmiało dziwacznie, przecież przed chwilą powiedziała, że wcale jej nie zna, ale... – Przecież masz kurwa wszystko! Normalny mózg! Normalną pracę! Normalną śliczną buzię ze swoim absolutnie normalnym kurwa słodkim jak ciągutki uśmiechem! JAK możesz mieć problemy ze spaniem, jakie kurwa koszmary? Jaka przeszłość? Eliksir Ci przywarł na gazie? Nie wiem... dostawa tych tam zielonych liści i nadgnitych korzonków nie przyszła na czas? Jakie kurwa demony? Przecież Twoje życie jest jebaną kwintesencją tego co chciałabym mieć! – I owszem, Mildred Moody chuja wiedziała na temat życia Olivii Quirke, jednocześnie uważając, że wie o nim wszystko. Wyidelizowane, zupełnie jakby Olivia była laleczką w pudełku, mającą całą nić produktów dedykowanych sobie i tylko sobie. – To przez Ciebie Isaac mnie olał, a teraz mi nie mydl oczu jakimiś kurwa demonami. Chuja Ci powiem. Problemy ze spaniem i tyle. A jak mi naplujesz do mojego zamówienia to będę wiedzieć ja i wszyscy, absolutnie wszyscy moi znajomi! – warczała, pluła się, miała ochotę ją rozszarpać, zeżreć serce, wątrobę i tak dwie słodziutkie, lekko gumiaste gałki oczne byle tylko przejąć jej ciało, jej duszę, jej życie. Twarz Olivii pasowała, by mieć aureole jasnych włosów. To się dało ogarnąc, to się dało załatwić.
Ściany pulsowały.
Nagle Millie skuliła się znikając za ladą. Złapała ciasno głowę ukrywając ją między kolanami.
Tętent wzmagał, falował, jakby to pokój był falującym sercem, ściany krwawiły, słyszała mlaskot zębów niespiesznie wgryzający się w tkankę. Czekała aż pożre samą siebie. Aż zje własne sny.
A przecież nie była tą złą, prawda? Przecież nie chciała tego tak na prawdę. Przecież widziała się z Isaaciem i dobrze, może miała sentyment, ale nie wytrzymałaby z nim tygodnia, bo wszystkie zęby powypadałyby jej od próchnicy.