22.06.2024, 06:08 ✶
Nikolai nawet nie zdawał sobie sprawy z tego z jakim żywiołem igrał, z każdą chwilą Millie traciła na delikatności, badając żebra, szukając łaskotek i prowokacji. Koszulkę niemal w całości miał podwiniętą tak by tors poza ramionami pozostawał odsłonięty. Do czerwonych smug czynionych paznokciami dołączyły usta, zęby nie tak ostre jak u dzikiej bestii, wciąż jednak potrafiące nadgryźć skórę, zassać, dać o sobie znać. Był twardym graczem, może ciekawość miejsca w którym się zatrzyma była zbyt wielka, tej chwili, w której któreś będzie musiało spasować. Jej dłonie ześlizgiwały się już po kościach miedniczych do nisko osadzonych spodni, ciało ciasno przylegało do ciała, gdy szczupłe palce przeciskały się przez linię pasa, zaplątując się w gąszcz włosów, szukając ostatecznego rozkojarzenia, finalnego testu, którego nie miał prawa zdać.
Dla kogo grałeś wcześniej nieznajomy? Jaki jest Twój sen? Ciasna izdebka, ogień trzaskający w kominku, niewielki salonik, nauczycielka poprawiająca ułożenie łokcia. Wskazująca nuty. Zapach. On był kluczem, otwierał drzwi w umyśle do przestrzeni o których nie chcielibyśmy mieć pojęcia. A myśl uciekła od matki do matki, zbyt łatwo, stapiając sny ze sobą. Marzenia tęsknoty. Dłoń głaszczącą dziecięcą twarzyczkę, twarz zamazującą się czasem. Zimną, zapadniętą, martwą, jednej nocy gdy zasnęła przy łóżku chorej i przegapiła moment ostatecznego pożegnania. Nie wolno było zasypiać. Kiedy rozum spał budziły się demony. A te karmiły się duszą zmarłej matki jak kruki truchłem poległych.
Koszmar zatapiał w niej czarne macki paraliżując ruchy. Oddech przyspieszony nie był już powodowany głodem drugiego ciała, ale strachem, paraliżującym, rozszerzającym źrenice. Palce u stóp miała zwinięte, tak jak dłonie nagle jej zesztywniały, ruch urwany w połowie drogi. Powietrza brakło w piersi od spłyconej przestrachem gonitwy. Musiała uciec, przebić błonę, musiała żyć, znów zdecydować, że jednak nie wybiera śmierci. W Limbo nie było jej matki. Jej dusza rozmyła się. Irracjonalne poczucie winy rozkwitało czernią w piersi odbierając resztki racjonalnego myślenia, jeśli to, kiedykolwiek znajdowało się w głowie ukrytej pod leistą czernią sięgających pasa włosów.
Mildred nie czekała dłużej... Wypuściła ciało, wypuściła obietnicę zapomnienia, bo wiedziała już, że nie zapomni. Obraz był zbyt czytelny. Zbyt bolesny. Głucha na słowa, głucha na melodię i ciszę, puściła się biegiem znów ku wodzie. Zimna woda. Czarna woda. Leczniczy zdrój. Potrzebowała utonąć możliwie prędko, by zmyć z siebie czarne macki koszmaru, zapadłą twarz i ból, który był rdzeniem jej istnienia.
Dla kogo grałeś wcześniej nieznajomy? Jaki jest Twój sen? Ciasna izdebka, ogień trzaskający w kominku, niewielki salonik, nauczycielka poprawiająca ułożenie łokcia. Wskazująca nuty. Zapach. On był kluczem, otwierał drzwi w umyśle do przestrzeni o których nie chcielibyśmy mieć pojęcia. A myśl uciekła od matki do matki, zbyt łatwo, stapiając sny ze sobą. Marzenia tęsknoty. Dłoń głaszczącą dziecięcą twarzyczkę, twarz zamazującą się czasem. Zimną, zapadniętą, martwą, jednej nocy gdy zasnęła przy łóżku chorej i przegapiła moment ostatecznego pożegnania. Nie wolno było zasypiać. Kiedy rozum spał budziły się demony. A te karmiły się duszą zmarłej matki jak kruki truchłem poległych.
Koszmar zatapiał w niej czarne macki paraliżując ruchy. Oddech przyspieszony nie był już powodowany głodem drugiego ciała, ale strachem, paraliżującym, rozszerzającym źrenice. Palce u stóp miała zwinięte, tak jak dłonie nagle jej zesztywniały, ruch urwany w połowie drogi. Powietrza brakło w piersi od spłyconej przestrachem gonitwy. Musiała uciec, przebić błonę, musiała żyć, znów zdecydować, że jednak nie wybiera śmierci. W Limbo nie było jej matki. Jej dusza rozmyła się. Irracjonalne poczucie winy rozkwitało czernią w piersi odbierając resztki racjonalnego myślenia, jeśli to, kiedykolwiek znajdowało się w głowie ukrytej pod leistą czernią sięgających pasa włosów.
Mildred nie czekała dłużej... Wypuściła ciało, wypuściła obietnicę zapomnienia, bo wiedziała już, że nie zapomni. Obraz był zbyt czytelny. Zbyt bolesny. Głucha na słowa, głucha na melodię i ciszę, puściła się biegiem znów ku wodzie. Zimna woda. Czarna woda. Leczniczy zdrój. Potrzebowała utonąć możliwie prędko, by zmyć z siebie czarne macki koszmaru, zapadłą twarz i ból, który był rdzeniem jej istnienia.