22.06.2024, 16:54 ✶
Czas Lammas zbliżał się nieubłaganie i Charles wiedział, że przygotowanie stoiska rodziny Mulciber było na jego głowie. Nie miał jeszcze pojęcia, że mały żart, który ukrył w drewnianej skrzynce na tyłach sklepu przyniesie mu tyle problemów! Póki jednak mógł, skupiał się na tym, co było naprawdę ważne: nudnych, ale jakże ważnych, jakże porządnych i grzecznych świeczkach. Przeróżne działania wosków, kolory zarówno samych świec, jak i kolory płomienia, dodatkowe efekty, zdobienia... to wszystko było tylko dodatkiem, przez który świeczki miały stać się nieco bardziej ekscytujące. Żaden wyrób z podstawowego asortymentu nie był jednak tak interesujący, jak penisowe świeczki dla Isaaca. Charlie cieszył się na samą myśl o minie, jaką przybierze ten pismak na widok czegoś tak wyrafinowanego!
Plany zażartowania z kolegi mogły jedynie rozjaśniać nastrój Charliego, bo czekała go praca. Skrzynki wypchane wyrobami, ostatnie poprawki, ostatnie zaklęcia rzucane na świeczki, których nie dokończył wcześniej - nie zostało dużo czasu. Młody Mulciber zdążył nawet zmęczyć się, gdy przerzucanie towaru z miejsca na miejsce wymagało od niego więcej wysiłku, aniżeli się spodziewał. Czasy, gdy był dość silny, by startować na aurora, dawno minęły. Jego kondycja, jak i sylwetka, pozostawiały dużo do życzenia. Słabe geny matki objawiały się coraz bardziej: był wątły.
Przygotowania nie znaczyły jednak, że należało zapomnieć o klientach.
- Dzień dobry! - Zawołał wesoło do wchodzącego mężczyzny, nie mając pojęcia, że rozmawia z bogiem wcielonym, objawieniem, aniołem, istotą nadprzyrodzoną. Jak dla niego, wyglądał jak zwykły mężczyzna. Niezwykłym był jednak pies i chociaż Charlie miał słabość do zwierząt, to jarczuk był nieco za duży, nawet dla niego. Jakby mógł połknąć w całości. - Czy mógłby pan zostawić pieska przy drzwiach? - Poprosił grzecznie, z uśmiechem, bojąc się bardziej o asortyment, aniżeli o siebie samego. Bo przecież bestia była grzeczna? - Wuja nie ma dzisiaj w sklepie. Może ja mogę pomóc?
Plany zażartowania z kolegi mogły jedynie rozjaśniać nastrój Charliego, bo czekała go praca. Skrzynki wypchane wyrobami, ostatnie poprawki, ostatnie zaklęcia rzucane na świeczki, których nie dokończył wcześniej - nie zostało dużo czasu. Młody Mulciber zdążył nawet zmęczyć się, gdy przerzucanie towaru z miejsca na miejsce wymagało od niego więcej wysiłku, aniżeli się spodziewał. Czasy, gdy był dość silny, by startować na aurora, dawno minęły. Jego kondycja, jak i sylwetka, pozostawiały dużo do życzenia. Słabe geny matki objawiały się coraz bardziej: był wątły.
Przygotowania nie znaczyły jednak, że należało zapomnieć o klientach.
- Dzień dobry! - Zawołał wesoło do wchodzącego mężczyzny, nie mając pojęcia, że rozmawia z bogiem wcielonym, objawieniem, aniołem, istotą nadprzyrodzoną. Jak dla niego, wyglądał jak zwykły mężczyzna. Niezwykłym był jednak pies i chociaż Charlie miał słabość do zwierząt, to jarczuk był nieco za duży, nawet dla niego. Jakby mógł połknąć w całości. - Czy mógłby pan zostawić pieska przy drzwiach? - Poprosił grzecznie, z uśmiechem, bojąc się bardziej o asortyment, aniżeli o siebie samego. Bo przecież bestia była grzeczna? - Wuja nie ma dzisiaj w sklepie. Może ja mogę pomóc?