22.06.2024, 17:50 ✶
Po wydarzeniach na Lammas Charlie potrzebował przerwy. Niezbyt długiej, bo chciał jedynie uporządkować myśli, zastanowić się, co dalej, a także poszukać sposobu na skuteczne przeproszenie wujka za stres i problemy, jakie mu sprawił. Musiał zejść rodzinie z oczu, więc mógł wybrać tylko miejsce gdziekolwiek poza Londynem. Mugolskie miejscowości go nie interesowały, zaś w Hogsmeade był zbyt wiele razy wcześniej, by dalej je doceniać. Jedynym, ostatnim wyborem okazała się być Dolina Godryka.
Spacerując po obrzeżach jednego z miasteczek, nieopodal siedziby rodu Gaunt, Charlie natrafił na krzaczek niepozornych, ale ładnych kwiatków. Zasępił się przy nim na moment i doszedł do pewnych wniosków.
Po pierwsze, jest samotny.
Po drugie, niekochany.
Po trzecie, najlepiej byłoby, gdyby zniknął.
Wuj i ojciec użyli wobec niego słów, które wprost miały mu wskazać drogę: miał wypierdalać. Z Lammas, z domu, z ich życia! I chociaż ojciec później rozmawiał z nim już grzeczniej, to czy nie zrobił tego tylko dlatego, że wszystkie oczy były skierowane na nich? Nie interesowało go to, co miał do powiedzenia Charlie. Ratował własny wizerunek. Wizerunek Roberta.
Synowie nigdy nie liczyli się dla ojca, nie po tym, jak dzieci zabiły jego żonę.
Charles ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia, gdzie idzie, ale wiedział, że gdzieś dotrzeć musiał. W jego głowie kotłowało się milion myśli, a jedna była gorsza od drugiej. Napędzany widmem samotności, gdy opuszcza go nawet jego własna rodzina, dotarł na... klif. Jeśli to nie był znak, to co? Los go tu przywiał, by skończył ze sobą i uwolnił świat od swojego nędznego jestestwa. W środku czuł przeraźliwe zimno, ale przecież i to miało za chwilę ustać. Krawędź znajdowała się tuż, tuż, parę kroków dalej i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta przeklęta woda u podnóża klifu! Tylko strach przed nią hamował jego kroki, jednak zbliżał się tam, powoli. Musiał przezwyciężyć strach i zrobić światu przysługę.
Spacerując po obrzeżach jednego z miasteczek, nieopodal siedziby rodu Gaunt, Charlie natrafił na krzaczek niepozornych, ale ładnych kwiatków. Zasępił się przy nim na moment i doszedł do pewnych wniosków.
Po pierwsze, jest samotny.
Po drugie, niekochany.
Po trzecie, najlepiej byłoby, gdyby zniknął.
Wuj i ojciec użyli wobec niego słów, które wprost miały mu wskazać drogę: miał wypierdalać. Z Lammas, z domu, z ich życia! I chociaż ojciec później rozmawiał z nim już grzeczniej, to czy nie zrobił tego tylko dlatego, że wszystkie oczy były skierowane na nich? Nie interesowało go to, co miał do powiedzenia Charlie. Ratował własny wizerunek. Wizerunek Roberta.
Synowie nigdy nie liczyli się dla ojca, nie po tym, jak dzieci zabiły jego żonę.
Charles ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia, gdzie idzie, ale wiedział, że gdzieś dotrzeć musiał. W jego głowie kotłowało się milion myśli, a jedna była gorsza od drugiej. Napędzany widmem samotności, gdy opuszcza go nawet jego własna rodzina, dotarł na... klif. Jeśli to nie był znak, to co? Los go tu przywiał, by skończył ze sobą i uwolnił świat od swojego nędznego jestestwa. W środku czuł przeraźliwe zimno, ale przecież i to miało za chwilę ustać. Krawędź znajdowała się tuż, tuż, parę kroków dalej i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta przeklęta woda u podnóża klifu! Tylko strach przed nią hamował jego kroki, jednak zbliżał się tam, powoli. Musiał przezwyciężyć strach i zrobić światu przysługę.