W istocie - nie było żadną prawdą ukrytą, że istota Pana zwykłym człowiekiem się stała.
Zsunął z nosa okulary przeciwsłoneczne i wsunął je w górę - podparły włosy, kosmyki przestały krzątać się na czole. Tylko pojedyncze, bo przecież fryzura ułożona była w ideale prawie co do jednego włoska. Prawie. Burzliwa natura wiatru, co lubił psocić, lubić też przestawiać kosmyki na prawo i lewo - podle własnego widzi-mi-się, nie mając poszanowania do zalążków sztuki, które wlepiały się w dzieła fryzjerskie. Półcienie tego miejsca nie wpisywały się dobrze w akompaniament przyciemnianych szkieł. Pełna okazałość nieznajomego chłopaczka dotarła się w spowolnieniu i z opóźnieniem, przytwierdzając wysunięty już wniosek - to, co oczy widziały, grzechu było warte. Niech więc pierwszy rzuci kamieniem, co na powierzchowność uwagi nie zwracał - ona była - i to zawsze. Pierwsze wrażenia, pierwsze odbiory. Ciepły uśmiech, wesoły błysk w oku i smukła postura. Wydawał się młody - nawet bardzo młody. Aż przez myśl Laurenta przeszło zapytanie, czy może widzi kogoś, kto dopiero skończył Hogwart i być może jest tutaj tylko na przyuczenie? Praktyki?
Pieska? Tak skutecznie rozpraszało się dedukcje i wnioski, strzelania w prawdy i fałsze, by postawić diagnozę człowieczeństwa przed spotkaniem z człowiekiem. Piesek, jak to jarczuk został nazwany, urażony się nie wydawał. Za to zainteresowany zapachami i czujny - jak najbardziej. Tak i nie był urażony sam właściciel - choć określenie, co by nie powiedzieć, było niemalże słodkie i tak niepasujące do Nokturna, jak tylko mogłoby. Z drugiej strony to czy ciepło bijące od sprzedawcy w ogóle tutaj pasowało? Do tej ulicy pełnej indywiduum, ponurości i przestępczości?
- Nie, nie mógłbym. - Spokój wpisany był w tę odpowiedź, tak jak i brak zawahania czy zastanowienia nad nią. - Chyba nie chciałby pan odstraszać potencjalnych klientów. - Pytanie? Bardziej brzmiało to jak stwierdzenie. Laurent nie wyszedł do przodu, nie zabłąkał się między półki - zatrzymał w bezpiecznej odległości, spoglądając znów w kierunku biura, jakby już chciał się tam skierować, kiedy padła odpowiedź... trochę rozczarowująca? Nie miał nastroju na przekomarzanki, tłumaczenia, wyjaśnienia, że jak to - przecież każdego miesiąca właściciel przyjmował zawsze klientów o odpowiedniej renomie. Wuja? Tak jakby Charles w każdą swoją wypowiedź próbował wpleść zagadki dla mózgu Laurenta. Łatwo sobie wyobrazić, że obraz wiecznie poważnego i konkretnego Mulcibera nie wpasowywał się w ten promienny widok słoneczka, jakim jawił się drobny Charles w oczach blondyna. - Może... - Odparł mruknięciem zniechęconym i trochę rozdrażnionym. Pomasował palcami nasadę nosa, przez moment kalkulując za i przeciw. - Zamawiałem kadzidła cedrowe i na bazie eukaliptusa. Laurent Prewett. - Powiedział w końcu szybciej, trochę z rozdrażnieniem. Z jednej strony nie chciał się obnosić, że przychodzi tu po silne kadzidła uspakajające, z drugiej strony potrzebował ich na już, na teraz... najlepiej na wczoraj. Niech stracę.