23.06.2024, 09:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2024, 09:43 przez Brenna Longbottom.)
- Nie jestem aurowidzem, ale zakochanie odmienia chyba tylko kawałek aury, nie całą.
Nie miała pojęcia, jak wygląda jej własna. W istocie była dość podobna do tej należącej do Moody - tyle że znacznie jaśniejsza, tym odcieniem świadczącym o sile życiowej, nie o nadmiernej porywczości.
Kąciki ust Brenny... znaczy się Millie... drgnęły lekko na kolejne zapewnienia. W przeciwieństwie do Moody nie miała kompleksów nad swoją urodą: wyglądała jak sympatyczna dziewczyna z sąsiedztwa, i to było bardzo wygodne, odpowiadające jej charakterowi, świetne do wykorzystywania i w pracy, i w życiu prywatnym. Nie wpisujące się w standardy urody dziewczęta często lekceważono albo wyśmiewano, te piękne były w centrum uwagi. Ona miała miłą twarz, mogącą wzbudzić zaufanie i wygląd, który pozwalał łatwo zniknąć w tle na przyjęciach. Może pomagało i to, że mogłaby łatwo zmienić swoją twarz, na jaką tylko by zechciała... i właśnie dlatego nie chciała tego robić.
Ale całkowicie obiektywnie, Mildred była ładniejsza. Po prostu nie umiała tego dostrzec.
- Mils, nie wiem, co widzisz w lustrze, ale na pewno nie to, co powinnaś - powiedziała łagodnie, wciąż trzymając jej nadgarstek. Jakby dalej bała się, że ta postanowi uciec. - Nie sądzę. Jeśli moje ciało wydaje ci się cichsze... to chyba dlatego, że ja nie mam krwi Trelawneyów. Eliksir wielosokowy odmieni twój wygląd, ale nie sprawi, że przestaniesz być Trelawneyówną. Ale jeśli tak, tym bardziej powinnyśmy się pospieszyć, bo niekontrolowane widmowidzenie nie jest niczym przyjemnym.
Nie mogła być tego pewna, ale to wydawało się najlogiczniejszym rozwiązaniem. I trochę ją niepokoiło, bo sama… jakoś nie miała ochoty zaglądać do Limbo. Była zbyt przyziemną istotą jak na takie kontakty. A z kolei obawiała się trochę, czy Milllie będzie w stanie sobie poradzić, jeśli uruchomi się widmowidzenie Brenny, nad którym ta przecież nie umiała panować.
– Gwiazdko, wyglądasz jak ja. To wyklucza bycie poważną panią detektyw – dodała jeszcze, rozwiewając jej nadzieje, na sekundę zanim Prewett stanął w drzwiach.
*
– Dziś nawet nie piątek trzynastego – odparła odruchowo, kiedy Basilius spytał, jak bardzo jest źle i zaczął przyglądać się Millie. To znaczy jej. To znaczy Millie siedzącej w jej ciele. Zaraz jednak uświadomiła sobie, że dziś jest szósty, i że jest wrzesień, więc to podpada pod „dziwną datę”, ale nie była to aż tak dziwna data jak te dwa lata temu czy szóstego czerwca 1966 roku, więc Brenna nie spodziewała się dziś żadnych problemów…
Być może powinna.
– Co? – zdziwiła się szczerze na pytanie Prewetta, a potem obrzuciła Millie, znaczy się siebie, trochę podejrzliwym spojrzeniem, bo dlaczego miałaby ją tutaj zaciągać z powodu daty…? Zaraz jednak wróciła spojrzeniem z powrotem do Basiliusa. Patrzenie na nich oboje teraz było dziwne: przywykła do spoglądania ludziom w oczy, rzadko unikała cudzego spojrzenia, a teraz musiała stale zadzierać głowę, żeby widzieć ich twarze. Czy Millie nie bolał od tego kark? – Przepraszam, że zawracamy głowę po pracy, ale bardzo pilnie potrzebujemy klątwołamacza, bo nieważne, jak głupio to zabrzmi... nagle z jednej alejki wypadł na nas poltergeist i tak jakby trzasnął w nas klątwą. I to nie taką wiążącą język czy coś takiego, i bardzo chciałabym, żebyśmy się jej pozbyły w miarę szybko, zanim okaże się, że ma jeszcze jakieś paskudne skutki uboczne albo coś. Drań chyba jest silniejszy od Irytka, on to najwyżej rzucał w nas balonami wypełnionymi wodą…
Nie miała pojęcia, jak wygląda jej własna. W istocie była dość podobna do tej należącej do Moody - tyle że znacznie jaśniejsza, tym odcieniem świadczącym o sile życiowej, nie o nadmiernej porywczości.
Kąciki ust Brenny... znaczy się Millie... drgnęły lekko na kolejne zapewnienia. W przeciwieństwie do Moody nie miała kompleksów nad swoją urodą: wyglądała jak sympatyczna dziewczyna z sąsiedztwa, i to było bardzo wygodne, odpowiadające jej charakterowi, świetne do wykorzystywania i w pracy, i w życiu prywatnym. Nie wpisujące się w standardy urody dziewczęta często lekceważono albo wyśmiewano, te piękne były w centrum uwagi. Ona miała miłą twarz, mogącą wzbudzić zaufanie i wygląd, który pozwalał łatwo zniknąć w tle na przyjęciach. Może pomagało i to, że mogłaby łatwo zmienić swoją twarz, na jaką tylko by zechciała... i właśnie dlatego nie chciała tego robić.
Ale całkowicie obiektywnie, Mildred była ładniejsza. Po prostu nie umiała tego dostrzec.
- Mils, nie wiem, co widzisz w lustrze, ale na pewno nie to, co powinnaś - powiedziała łagodnie, wciąż trzymając jej nadgarstek. Jakby dalej bała się, że ta postanowi uciec. - Nie sądzę. Jeśli moje ciało wydaje ci się cichsze... to chyba dlatego, że ja nie mam krwi Trelawneyów. Eliksir wielosokowy odmieni twój wygląd, ale nie sprawi, że przestaniesz być Trelawneyówną. Ale jeśli tak, tym bardziej powinnyśmy się pospieszyć, bo niekontrolowane widmowidzenie nie jest niczym przyjemnym.
Nie mogła być tego pewna, ale to wydawało się najlogiczniejszym rozwiązaniem. I trochę ją niepokoiło, bo sama… jakoś nie miała ochoty zaglądać do Limbo. Była zbyt przyziemną istotą jak na takie kontakty. A z kolei obawiała się trochę, czy Milllie będzie w stanie sobie poradzić, jeśli uruchomi się widmowidzenie Brenny, nad którym ta przecież nie umiała panować.
– Gwiazdko, wyglądasz jak ja. To wyklucza bycie poważną panią detektyw – dodała jeszcze, rozwiewając jej nadzieje, na sekundę zanim Prewett stanął w drzwiach.
*
– Dziś nawet nie piątek trzynastego – odparła odruchowo, kiedy Basilius spytał, jak bardzo jest źle i zaczął przyglądać się Millie. To znaczy jej. To znaczy Millie siedzącej w jej ciele. Zaraz jednak uświadomiła sobie, że dziś jest szósty, i że jest wrzesień, więc to podpada pod „dziwną datę”, ale nie była to aż tak dziwna data jak te dwa lata temu czy szóstego czerwca 1966 roku, więc Brenna nie spodziewała się dziś żadnych problemów…
Być może powinna.
– Co? – zdziwiła się szczerze na pytanie Prewetta, a potem obrzuciła Millie, znaczy się siebie, trochę podejrzliwym spojrzeniem, bo dlaczego miałaby ją tutaj zaciągać z powodu daty…? Zaraz jednak wróciła spojrzeniem z powrotem do Basiliusa. Patrzenie na nich oboje teraz było dziwne: przywykła do spoglądania ludziom w oczy, rzadko unikała cudzego spojrzenia, a teraz musiała stale zadzierać głowę, żeby widzieć ich twarze. Czy Millie nie bolał od tego kark? – Przepraszam, że zawracamy głowę po pracy, ale bardzo pilnie potrzebujemy klątwołamacza, bo nieważne, jak głupio to zabrzmi... nagle z jednej alejki wypadł na nas poltergeist i tak jakby trzasnął w nas klątwą. I to nie taką wiążącą język czy coś takiego, i bardzo chciałabym, żebyśmy się jej pozbyły w miarę szybko, zanim okaże się, że ma jeszcze jakieś paskudne skutki uboczne albo coś. Drań chyba jest silniejszy od Irytka, on to najwyżej rzucał w nas balonami wypełnionymi wodą…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.