23.06.2024, 09:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2024, 20:37 przez Lorraine Malfoy.)
Na parkiecie z Jonathanem
– Panu chciałam sprezentować cytat z Sir Galahada Tennysona, ale bałam się, że wyjdę na snobkę – westchnęła Lorraine, niby to zmieszana, jak gdyby właśnie została przyłapana na wyjątkowo skandalicznym kłamstwie. W żartobliwym nawiązaniu do występu klubu Artemis – w którym Selwyn, Shafiq i Longbottom, pozujący na rycerzy króla Artura wzięli udział w trakcie obchodów Święta Żniw – nie było kpiny, a jeżeli już, była to kpina serdeczna, przyjacielska niemalże. Lorraine bawiła się wyśmienicie, śledząc pokaz ze swojego miejsca na zatłoczonej widowni. Umiłowanie tak populistycznych rozrywek kłóciło się, co prawda, z kreowanym przez wiłę wizerunkiem snobistycznej panny – nie oszukujmy się, wcale nie obawiała się bycia uznaną za snobkę: nie po to wywyższała się ponad innych, kiedy tylko miała ku temu okazję, by nagle stwierdzić, że przeszkadza jej to miano – ale żart wart był poświęcenia.
Cytując Hamleta, mówiła o znikającym pośród tłumu gości Anthonym, gnanym tajemniczym obowiązkiem – odchodzącym w dal niby błędny duch ojca duńskiego księcia, spłoszony rannym pianiem kura – ale Lorraine nie miała nic przeciwko temu, by Jonathan odczytał jej filuterną zaczepkę jako komplement w stosunku do swojej osoby. Jego reakcja dała jej pewne pojęcie o tym, z jakim człowiekiem ma do czynienia. Poniekąd, był to przecież komplement, choć niektórzy obruszyliby się, że to swego rodzaju próba wywyższenia się, test – nawet gdyby, Selwyn zdałby go śpiewająco, samym tylko rodowodem: w końcu wychował się na deskach rodzinnego teatru – ale on słusznie dostrzegł między wierszami zaproszenie do wspólnej gry: takiej, w której nikt nie przegrywał, a wszyscy czerpali radość ze współzawodnictwa.
Normalni ludzie nazywali to pospolicie “rozmową”.
– Pytanie, którą z twarzy Henryka V bywa pan najczęściej? – spytała Lorraine, kiedy muzyka nieco zwolniła tempa. – Awanturniczym księciem z filozoficznym zacięciem? Dumnym wodzem, szarżującym na wroga? Czy królem, triumfującym zdobywcą Francji? – Posłała mężczyźnie spojrzenie spod ciężkich powiek, w którym czaiło się wyzwanie. – Proszę zgadnąć, która jest moją ulubioną – zażądała zaraz, z żartobliwą kapryśnością.
Kiedy opierała się o pewne ramię partnera, pozwalając się prowadzić, z łatwością mogła przecież wyobrazić go sobie w każdej z tych ról. Jonathan Selwyn sprawiał wrażenie kogoś, kto gotów jest o każdej porze dnia i nocy, bez względu na okoliczności, stanąć – czy to na środku sali bankietowej, gdzie dało się skupić uwagę gości zwykłym stuknięciem w kieliszek, czy to na rozkołysanym barowym stołku w gwarnym pubie, pięściami albo dzikim wrzaskiem domagając się posłuchu – i zadeklamować dramatyczny monolog sprzed bitwy o Azincourt, w dzień świętego Kryspina, zagrzewający współtowarzyszy do walki. Czy z podobną emfazą ogłaszał, że jego ślub zostaje odwołany, dumny, że “od dzisiejszego dnia do końca świata, imię jego z ust do ust będzie brzmiało”? Czy powinni zawołać jakiegoś barda z cyrku, by uwiecznił kolejny moment chwały? Lorraine uśmiechnęła się do swoich myśli.
Z wielką ochotą oddała się tańcu, ignorując muzyczne niedociągnięcia orkiestry. Przyjemnie było droczyć się z Jonathanem – wydawał się w równym stopniu próżny, co pełen dystansu, zarówno do samego siebie, jak i do reszty świata – pochlebstwa łatwo spływały z jego ust, choć nie brakowało im także autentyzmu. Wypowiadał się elegancko, ale i ze swego rodzaju nonszalancją, która sugerowała towarzyskie obycie i pewność siebie: na ile wyrachowane było jego zblazowanie – czy była to zasługa wrodzonej charyzmy i sprytu, czy lat spędzonych na wytrawnym doskonaleniu technik manipulacji – tego Lorraine nie wiedziała. Mogła zresztą mylić się w swojej powierzchownej ocenie charakteru mężczyzny, bo przyszła się tutaj bawić, nie kreślić portrety psychologiczne: w naturę Malfoy wpisana była jednak skłonność do nadmiernego analizowania rzeczy, które przyciągnęły jej uwagę, a postać Jonathana Selwyna, niewątpliwie, domagała się uwagi.
Lorraine tylko uśmiechnęła się pogodnie, słysząc komentarz mężczyzny na temat weselnej partnerki Shafiqa, nie dając po sobie poznać, że została już dogłębnie uświadomiona co do osoby amerykańskiej ambasador. Unikaj jej, lub poznaj w ramach ciekawostki zoologicznej, szepnął Anthony. Nie była pewna, na jak wiele może sobie pozwolić w obecności Jonathana, a wolała nie ryzykować reputacją przyjaciela – ani poddawać w wątpliwość własnej – więc, wyjątkowo, powściągnęła język. Muzyka stała się zresztą bardziej dynamiczna, lepiej było oszczędzać oddech. Obróciła się z gracją, instynktownie odczytując intencję skrytą w ruchach Selwyna. Taniec był przecież niczym więcej, jak jedną z bardziej wyrafinowanych form komunikacji niewerbalnej.
To te kapibary, czy tiul?
– Ciasteczka z wróżbą – odpowiedziała Lorraine ze śmiertelną powagą wymalowaną na twarzy. Jak inaczej odpowiedzieć na pytanie z gatunku: “być albo nie być?”
Dodałaby może coś więcej, ale w sali bankietowej wybuchło nagle zamieszanie. Wrzasków, jakie wydawała z siebie nieznajoma blondynka nie powstydziłaby się nawet szyszymora: głos kobiety niósł się głośnym echem, aż część gości rozstąpiła się, odsłaniając Lorraine i Jonathanowi widok na stojącego u boku furiatki, milczącego Anthony’ego. "Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał" – (kur nie zapiał, to tylko jakaś kurwa zapiszczała, ale to szczegół) – czy nie tak to dalej szło? Jeszcze przed chwilą przerzucała się z Selwynem cytatami, ale chyba żadne z nich – mimo znajomości oryginalnego tekstu sztuki – nie spodziewało się takiego zakończenia.
– Pani ambasador wydaje się… źle znosić angielski klimat – skomentowała krótko, acz dosadnie Lorraine: cóż, w wydaniu członków dumnego rodu Malfoy, nawet zwykła rozmowa o pogodzie mogła stać się zawoalowaną oracją obelg. Lorraine nigdy nie widziała na twarzy Elliotta większego obrzydzenia, niż wtedy, kiedy ten wreszcie mógł uwolnić się od towarzystwa podstarzałego dżentelmena, z którym wcześniej przez ponad godzinę konwersował nader entuzjastycznie na temat miesięcznych wahań ciśnienia atmosferycznego, nie zdradzając swojej pogardy najmniejszym choćby drgnięciem policzka. Gdyby ta rozmowa trwała dłużej, skumulowana dawka malfoyowskiego jadu – którym nasączone były gładkie słowa kuzyna – niechybnie doprowadziłaby do śmierci staruszka. Chłodny uśmiech Lorraine pasował do jej nagle lodowatego tonu, w którym to czaiła się wyraźna sugestia, że jeżeli przybyszce zza oceanu ignorancji coś się nie podoba, powinna wrócić tam, skąd przyjechała. Ale jawne okazywanie animozji raczej nie mieściło się w credo pracowników Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Nawet wtedy, kiedy niesubordynowana ambasadorka wylewała im zawartość kieliszka na głowę.
Lorraine wymieniła znaczące spojrzenie z Jonathanem.
– Czy to jest moment, kiedy wyruszamy na naszą groźną misję dyplomatyczną, panie Selwyn? – spytała, już doskonale opanowana. – Czy może powinniśmy raczej pokusić się o tango, by to na nas wszyscy skupili uwagę?
Odkryj wiadomość pozafabularną
– Panu chciałam sprezentować cytat z Sir Galahada Tennysona, ale bałam się, że wyjdę na snobkę – westchnęła Lorraine, niby to zmieszana, jak gdyby właśnie została przyłapana na wyjątkowo skandalicznym kłamstwie. W żartobliwym nawiązaniu do występu klubu Artemis – w którym Selwyn, Shafiq i Longbottom, pozujący na rycerzy króla Artura wzięli udział w trakcie obchodów Święta Żniw – nie było kpiny, a jeżeli już, była to kpina serdeczna, przyjacielska niemalże. Lorraine bawiła się wyśmienicie, śledząc pokaz ze swojego miejsca na zatłoczonej widowni. Umiłowanie tak populistycznych rozrywek kłóciło się, co prawda, z kreowanym przez wiłę wizerunkiem snobistycznej panny – nie oszukujmy się, wcale nie obawiała się bycia uznaną za snobkę: nie po to wywyższała się ponad innych, kiedy tylko miała ku temu okazję, by nagle stwierdzić, że przeszkadza jej to miano – ale żart wart był poświęcenia.
Cytując Hamleta, mówiła o znikającym pośród tłumu gości Anthonym, gnanym tajemniczym obowiązkiem – odchodzącym w dal niby błędny duch ojca duńskiego księcia, spłoszony rannym pianiem kura – ale Lorraine nie miała nic przeciwko temu, by Jonathan odczytał jej filuterną zaczepkę jako komplement w stosunku do swojej osoby. Jego reakcja dała jej pewne pojęcie o tym, z jakim człowiekiem ma do czynienia. Poniekąd, był to przecież komplement, choć niektórzy obruszyliby się, że to swego rodzaju próba wywyższenia się, test – nawet gdyby, Selwyn zdałby go śpiewająco, samym tylko rodowodem: w końcu wychował się na deskach rodzinnego teatru – ale on słusznie dostrzegł między wierszami zaproszenie do wspólnej gry: takiej, w której nikt nie przegrywał, a wszyscy czerpali radość ze współzawodnictwa.
Normalni ludzie nazywali to pospolicie “rozmową”.
– Pytanie, którą z twarzy Henryka V bywa pan najczęściej? – spytała Lorraine, kiedy muzyka nieco zwolniła tempa. – Awanturniczym księciem z filozoficznym zacięciem? Dumnym wodzem, szarżującym na wroga? Czy królem, triumfującym zdobywcą Francji? – Posłała mężczyźnie spojrzenie spod ciężkich powiek, w którym czaiło się wyzwanie. – Proszę zgadnąć, która jest moją ulubioną – zażądała zaraz, z żartobliwą kapryśnością.
Kiedy opierała się o pewne ramię partnera, pozwalając się prowadzić, z łatwością mogła przecież wyobrazić go sobie w każdej z tych ról. Jonathan Selwyn sprawiał wrażenie kogoś, kto gotów jest o każdej porze dnia i nocy, bez względu na okoliczności, stanąć – czy to na środku sali bankietowej, gdzie dało się skupić uwagę gości zwykłym stuknięciem w kieliszek, czy to na rozkołysanym barowym stołku w gwarnym pubie, pięściami albo dzikim wrzaskiem domagając się posłuchu – i zadeklamować dramatyczny monolog sprzed bitwy o Azincourt, w dzień świętego Kryspina, zagrzewający współtowarzyszy do walki. Czy z podobną emfazą ogłaszał, że jego ślub zostaje odwołany, dumny, że “od dzisiejszego dnia do końca świata, imię jego z ust do ust będzie brzmiało”? Czy powinni zawołać jakiegoś barda z cyrku, by uwiecznił kolejny moment chwały? Lorraine uśmiechnęła się do swoich myśli.
Z wielką ochotą oddała się tańcu, ignorując muzyczne niedociągnięcia orkiestry. Przyjemnie było droczyć się z Jonathanem – wydawał się w równym stopniu próżny, co pełen dystansu, zarówno do samego siebie, jak i do reszty świata – pochlebstwa łatwo spływały z jego ust, choć nie brakowało im także autentyzmu. Wypowiadał się elegancko, ale i ze swego rodzaju nonszalancją, która sugerowała towarzyskie obycie i pewność siebie: na ile wyrachowane było jego zblazowanie – czy była to zasługa wrodzonej charyzmy i sprytu, czy lat spędzonych na wytrawnym doskonaleniu technik manipulacji – tego Lorraine nie wiedziała. Mogła zresztą mylić się w swojej powierzchownej ocenie charakteru mężczyzny, bo przyszła się tutaj bawić, nie kreślić portrety psychologiczne: w naturę Malfoy wpisana była jednak skłonność do nadmiernego analizowania rzeczy, które przyciągnęły jej uwagę, a postać Jonathana Selwyna, niewątpliwie, domagała się uwagi.
Lorraine tylko uśmiechnęła się pogodnie, słysząc komentarz mężczyzny na temat weselnej partnerki Shafiqa, nie dając po sobie poznać, że została już dogłębnie uświadomiona co do osoby amerykańskiej ambasador. Unikaj jej, lub poznaj w ramach ciekawostki zoologicznej, szepnął Anthony. Nie była pewna, na jak wiele może sobie pozwolić w obecności Jonathana, a wolała nie ryzykować reputacją przyjaciela – ani poddawać w wątpliwość własnej – więc, wyjątkowo, powściągnęła język. Muzyka stała się zresztą bardziej dynamiczna, lepiej było oszczędzać oddech. Obróciła się z gracją, instynktownie odczytując intencję skrytą w ruchach Selwyna. Taniec był przecież niczym więcej, jak jedną z bardziej wyrafinowanych form komunikacji niewerbalnej.
To te kapibary, czy tiul?
– Ciasteczka z wróżbą – odpowiedziała Lorraine ze śmiertelną powagą wymalowaną na twarzy. Jak inaczej odpowiedzieć na pytanie z gatunku: “być albo nie być?”
Dodałaby może coś więcej, ale w sali bankietowej wybuchło nagle zamieszanie. Wrzasków, jakie wydawała z siebie nieznajoma blondynka nie powstydziłaby się nawet szyszymora: głos kobiety niósł się głośnym echem, aż część gości rozstąpiła się, odsłaniając Lorraine i Jonathanowi widok na stojącego u boku furiatki, milczącego Anthony’ego. "Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał" – (kur nie zapiał, to tylko jakaś kurwa zapiszczała, ale to szczegół) – czy nie tak to dalej szło? Jeszcze przed chwilą przerzucała się z Selwynem cytatami, ale chyba żadne z nich – mimo znajomości oryginalnego tekstu sztuki – nie spodziewało się takiego zakończenia.
– Pani ambasador wydaje się… źle znosić angielski klimat – skomentowała krótko, acz dosadnie Lorraine: cóż, w wydaniu członków dumnego rodu Malfoy, nawet zwykła rozmowa o pogodzie mogła stać się zawoalowaną oracją obelg. Lorraine nigdy nie widziała na twarzy Elliotta większego obrzydzenia, niż wtedy, kiedy ten wreszcie mógł uwolnić się od towarzystwa podstarzałego dżentelmena, z którym wcześniej przez ponad godzinę konwersował nader entuzjastycznie na temat miesięcznych wahań ciśnienia atmosferycznego, nie zdradzając swojej pogardy najmniejszym choćby drgnięciem policzka. Gdyby ta rozmowa trwała dłużej, skumulowana dawka malfoyowskiego jadu – którym nasączone były gładkie słowa kuzyna – niechybnie doprowadziłaby do śmierci staruszka. Chłodny uśmiech Lorraine pasował do jej nagle lodowatego tonu, w którym to czaiła się wyraźna sugestia, że jeżeli przybyszce zza oceanu ignorancji coś się nie podoba, powinna wrócić tam, skąd przyjechała. Ale jawne okazywanie animozji raczej nie mieściło się w credo pracowników Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Nawet wtedy, kiedy niesubordynowana ambasadorka wylewała im zawartość kieliszka na głowę.
Lorraine wymieniła znaczące spojrzenie z Jonathanem.
– Czy to jest moment, kiedy wyruszamy na naszą groźną misję dyplomatyczną, panie Selwyn? – spytała, już doskonale opanowana. – Czy może powinniśmy raczej pokusić się o tango, by to na nas wszyscy skupili uwagę?
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości