23.06.2024, 21:30 ✶
W tym starciu Cedric był na przegranej pozycji, bo Brenna w gruncie rzeczy była zawsze dzieciakiem ogromnie rozpieszczanym, który przywykł do dostawania tego, co chce. I zostało jej to w dorosłym życiu. A w lekceważeniu uzdrowicieli miała wprawę i wiele doświadczenia, które zaczęła zbierać już w czasach Hogwartu, wymykając się ze skrzydła szpitalnego, zanim pielęgniarka uznała, że Brenna może je opuścić, a które rozwijała potem przez lata pracy w Brygadzie.
- Na całe szczęście jestem czarownicą i mogę osuszyć się zaklęciem, i mam takie dziwne wrażenie, że chyba rodzina mieszkająca w tym domu nie miałaby nic przeciwko podzieleniu się odrobiną herbaty – oświadczyła bezczelnie, najwyraźniej ani trochę nie czując się winna, poza tym: to on był mokry, a ona dopiero zwinęła parasol. – Jesień, to i w aptece ruch, nie chciałam robić wokół siebie zamieszania – dodała ugodowo, bo to nie tak, że sądziła, że pani Lupin wystawiłaby ją za próg, skoro przyszła bez uprzedzenia. Lupinowie byli rodziną dobrą aż do przesady: w oczach Brenny znacznie lepszą niż Longbottomowie, którzy owszem, byli gotowi pomagać innym czy nadstawiać karków, ale często poruszali się po granicach, jakich nie należało przekraczać.
Hasło dla większego dobra dźwięczało w głowie Brenny ostatnio szczególnie często, a przecież doskonale wiedziała, kto nie tak dawno temu chętnie usprawiedliwiał nim najpodlejsze czyny.
– Przemknijmy do ciebie – powiedziała. Obawiała się, że jeśli najpierw porozmawia z jego matką, zupełnie straci resztki tej gryfońskiej odwagi, której wystarczało, aby samej się narażać, ale która jakby topniała, gdy miała poprosić o pewne rzeczy innych. – Ja nigdy nie mieszam się w głupie rzeczy, bo jestem rzecz oczywista, najrozsądniejszą dziewczyną na tej planecie – zapewniła, ale takim tonem, że nie pozostawało wątpliwości, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że do królowej rozsądku jej daleko.
To był żart, chociaż nie do końca miała nastrój do żartów, bo kiedy wspomniał o tym ocieraniu się o niebezpieczne rzeczy, natychmiast uderzyły ją wyrzuty sumienia. Chciała przecież w pewnym sensie zbliżyć do takich i jego. Nie zamierzała prosić, żeby dla nich walczył, ale nawet udzielanie pomocy medycznej Zakonowi nie było przecież do końca bezpieczne.
- Być może właśnie o niebezpiecznych rzeczach chcę porozmawiać. O tych, które dzieją się w kraju, odkąd objawił się Voldemort - dodała ciszej, już znacznie poważniej, kiedy weszli do środka budynku.
- Na całe szczęście jestem czarownicą i mogę osuszyć się zaklęciem, i mam takie dziwne wrażenie, że chyba rodzina mieszkająca w tym domu nie miałaby nic przeciwko podzieleniu się odrobiną herbaty – oświadczyła bezczelnie, najwyraźniej ani trochę nie czując się winna, poza tym: to on był mokry, a ona dopiero zwinęła parasol. – Jesień, to i w aptece ruch, nie chciałam robić wokół siebie zamieszania – dodała ugodowo, bo to nie tak, że sądziła, że pani Lupin wystawiłaby ją za próg, skoro przyszła bez uprzedzenia. Lupinowie byli rodziną dobrą aż do przesady: w oczach Brenny znacznie lepszą niż Longbottomowie, którzy owszem, byli gotowi pomagać innym czy nadstawiać karków, ale często poruszali się po granicach, jakich nie należało przekraczać.
Hasło dla większego dobra dźwięczało w głowie Brenny ostatnio szczególnie często, a przecież doskonale wiedziała, kto nie tak dawno temu chętnie usprawiedliwiał nim najpodlejsze czyny.
– Przemknijmy do ciebie – powiedziała. Obawiała się, że jeśli najpierw porozmawia z jego matką, zupełnie straci resztki tej gryfońskiej odwagi, której wystarczało, aby samej się narażać, ale która jakby topniała, gdy miała poprosić o pewne rzeczy innych. – Ja nigdy nie mieszam się w głupie rzeczy, bo jestem rzecz oczywista, najrozsądniejszą dziewczyną na tej planecie – zapewniła, ale takim tonem, że nie pozostawało wątpliwości, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że do królowej rozsądku jej daleko.
To był żart, chociaż nie do końca miała nastrój do żartów, bo kiedy wspomniał o tym ocieraniu się o niebezpieczne rzeczy, natychmiast uderzyły ją wyrzuty sumienia. Chciała przecież w pewnym sensie zbliżyć do takich i jego. Nie zamierzała prosić, żeby dla nich walczył, ale nawet udzielanie pomocy medycznej Zakonowi nie było przecież do końca bezpieczne.
- Być może właśnie o niebezpiecznych rzeczach chcę porozmawiać. O tych, które dzieją się w kraju, odkąd objawił się Voldemort - dodała ciszej, już znacznie poważniej, kiedy weszli do środka budynku.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.