23.06.2024, 22:05 ✶
- Mój mąż bywał nerwowym człowiekiem, i nie uważał Duboisa... za równego sobie - dodała jeszcze Fleur cicho, nim odwróciła wzrok. Brenna nie była pewna, jak naprawdę wyglądała ta historia, ale o jednym się już przekonała: kobieta na pewno nie próbowała ochraniać Henriego, bo teraz, gdy uznała, że być może ten jest podejrzany, dość subtelnie starała się popchnąć te podejrzenia dalej.
Brenna spojrzała na Victorię i kiwnęła tylko głową. Też nie miała więcej pytań i teraz ich celem była kajuta Duboisa.
*
Kapitan, choć jego irytacja całą sytuacją wyraźnie narastała, bez większego problemu wskazał im kajutę należącą do Henriego Duboisa. Brenna, po prawdzie, nie miała pojęcia, jaką przyjąć taktykę - trochę uzależniała to od tego, jakim człowiekiem okaże się mężczyzna. Przynajmniej tyle, że nie musiały (i w sumie to niezbyt mogły) go aresztować: wystarczyło mieć dostatecznie wiele informacji, aby skłonić służby na miejscu do szybkiego działania. Otwierała już usta, by zapytać o to Victorii, gdy szły korytarzem ku pomieszczeniu... ale nie zdążyła. Drzwi kajuty ze wskazanym im numerem otworzyły się i z wnętrza wytoczył się mężczyzna.
Był średniego wzrostu, ciemnowłosy, chyba trochę podpity. Nie pijany zupełnie, ale na pewno miał za sobą kilka głębszych. Jego ręce były mokre, miał plamy wody na spodniach, ale koszula była zupełnie sucha i wyglądała na świeżo założoną.
Ciekawe, czy zmienił ją, bo były na niej plamy krwi? - zastanowiła się Brenna.
- Pan Dubois? - spytała, a Henri zwrócił na nie odrobinę rozbiegane spojrzenie.
- Taaak? - odparł, po angielsku wprawdzie ale dziwnie przeciągając sylabę, może z powodu alkoholu, a może bo nie nawykł do używania angielskiego.
- Chciałybyśmy z panem porozmawiać o panie Beauharnaisie.
- Nic mu nie zrobiłem - powiedział natychmiast, nieco bełkotliwie.
- Skąd wniosek, że coś mu się stało, panie Dubois? - zapytała Brenna, niemalże łagodnie: a w jego oczach błysnęła jakby panika, zaraz jednak szybko znikła.
- Jak pytacie, to chyba coś się stało, taaaak?
Brenna spojrzała na Victorię i kiwnęła tylko głową. Też nie miała więcej pytań i teraz ich celem była kajuta Duboisa.
*
Kapitan, choć jego irytacja całą sytuacją wyraźnie narastała, bez większego problemu wskazał im kajutę należącą do Henriego Duboisa. Brenna, po prawdzie, nie miała pojęcia, jaką przyjąć taktykę - trochę uzależniała to od tego, jakim człowiekiem okaże się mężczyzna. Przynajmniej tyle, że nie musiały (i w sumie to niezbyt mogły) go aresztować: wystarczyło mieć dostatecznie wiele informacji, aby skłonić służby na miejscu do szybkiego działania. Otwierała już usta, by zapytać o to Victorii, gdy szły korytarzem ku pomieszczeniu... ale nie zdążyła. Drzwi kajuty ze wskazanym im numerem otworzyły się i z wnętrza wytoczył się mężczyzna.
Był średniego wzrostu, ciemnowłosy, chyba trochę podpity. Nie pijany zupełnie, ale na pewno miał za sobą kilka głębszych. Jego ręce były mokre, miał plamy wody na spodniach, ale koszula była zupełnie sucha i wyglądała na świeżo założoną.
Ciekawe, czy zmienił ją, bo były na niej plamy krwi? - zastanowiła się Brenna.
- Pan Dubois? - spytała, a Henri zwrócił na nie odrobinę rozbiegane spojrzenie.
- Taaak? - odparł, po angielsku wprawdzie ale dziwnie przeciągając sylabę, może z powodu alkoholu, a może bo nie nawykł do używania angielskiego.
- Chciałybyśmy z panem porozmawiać o panie Beauharnaisie.
- Nic mu nie zrobiłem - powiedział natychmiast, nieco bełkotliwie.
- Skąd wniosek, że coś mu się stało, panie Dubois? - zapytała Brenna, niemalże łagodnie: a w jego oczach błysnęła jakby panika, zaraz jednak szybko znikła.
- Jak pytacie, to chyba coś się stało, taaaak?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.