07.01.2023, 14:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2023, 19:59 przez Alanna Carrow.)
Będzie moim mężem.
Wychichotała te słowa na ucho do jednej z przyjaciółek, gdy pierwszy raz dostrzegła Patricka; nawet nie znała go wtedy, a przynajmniej nieszczególnie dobrze. Niby żart, a jednocześnie – jak się w miarę szybko okazało – dość trwała i mająca spore pokrycie w rzeczywistości deklaracja. W momencie, gdy wypowiadała to zdanie coś jej podpowiadało, że ich nici przeznaczenia nierozerwalnie się ze sobą związały; tylko nie miała pojęcia, iż za parę lat rodzice przekażą jej własną wizję odnośnie przyszłości i ścieżką, jaką miała podążyć.
Być może nawet dostrzegli się wzajemnie w dokładnie tym samym momencie – jakoś nigdy nie pytała o to, po prostu z radością przyjęła fakt, iż ich ścieżki w rzeczywistości się zbiegły, splątały, że zdawali się kroczyć jedną i tą samą.
Radość tę zaburzyła względnie niedawna wiadomość, że oto ma wyznaczonego męża; wiadomość, której wręcz nie przyjmowała do wiadomości. To Patrick miał być jej przyszłością, nie jakiś Crouch, na którego i tak dodatkowo musiałaby parę lat czekać, bo był od niej młodszy!
Powstała odnoga drogi wiodącej do przodu była uparcie ignorowana i zamaskowana.
Sekrety wyniszczały, wiedziała to, jednak nie potrafiła tego powiedzieć, zniszczyć to, co mieli, co tworzyli. Czasem tylko zawieszała się, spoglądała wtedy bardzo, bardzo poważnie na Patricka tymi swoimi błękitnymi oczyma, czasem nawet otwierała już usta, ale jak do tej pory – nie padały słowa, które mogłyby wstrząsnąć podstawą ich relacji.
A tak to przynajmniej widziała. Dlatego chwytała każdą daną im chwilę, czerpała z niej radość i radością emanowała na wszystkie strony. Śmiała się często, spoglądała często tak, jakby był wymarzonym rycerzem na białym koniu, z jeszcze większym zapałem składała z papieru coraz to kolejne figurki, ciekawa, co wyjdzie z połączenia dzieła rąk z magią ukochanego. Ukochanego – bo im więcej czasu mijało, tym bardziej przecież była pewna, że dotknęło ją nie szczeniackie zauroczenie, ale uczucie rodem ze wszelkich opowieści. Nie pomnąc, iż było to uczucie tak naprawdę skażone wiedzą.
Wiedzą, że może nie być tak, jak to sobie wyobrażała, że poczeka tylko rok, aż Steward skończy Hogwart, a potem, potem…
… świat miał leżeć u ich stóp.
Maj 1959 roku niósł ze sobą podekscytowanie kończącą się powoli szkołą. A to konkretnie popołudnie – wypełniało je to wywołane randką. I trochę zdenerwowanie też; nawet jeśli już mieli tych parę randek za sobą, to tak po szczeniacku, gdzieś z tyłu głowy błąkała się myśl, że może nie wygląda wystarczająco perfekcyjnie. W Hogwarcie miała ograniczone możliwości wystrojenia się, co nie przeszkadzało jednak Clare podkreślić delikatnie oczy i usta, starannie uczesać i ułożyć blond włosy, wyczyścić spódnicę z najmniejszego choćby włoska – wszak paru uczniów miało koty, które wałęsały się po komnatach Ravenclawu (i po szkole zresztą też) – do tego parę psików ulubionego zapachu… Zamachała dłonią już z daleka, gdy tylko go zauważyła, po czym właściwie przyspieszyła kroku.
- Hej – uśmiechnęła się najpiękniej, jak tylko potrafiła, gdy tylko przed nim stanęła. Zerknęła kontrolnie, czy w pobliżu przypadkiem nie ma niepożądanych oczu, które mogłyby to i owo zobaczyć; stwierdziwszy, że jest bezpiecznie, nie zawahała się przed krótkim całusem na powitanie – To co, idziemy? – spytała całkiem wesołym tonem, chyba nie mogąc się doczekać właściwego rozpoczęcia randki.
Wychichotała te słowa na ucho do jednej z przyjaciółek, gdy pierwszy raz dostrzegła Patricka; nawet nie znała go wtedy, a przynajmniej nieszczególnie dobrze. Niby żart, a jednocześnie – jak się w miarę szybko okazało – dość trwała i mająca spore pokrycie w rzeczywistości deklaracja. W momencie, gdy wypowiadała to zdanie coś jej podpowiadało, że ich nici przeznaczenia nierozerwalnie się ze sobą związały; tylko nie miała pojęcia, iż za parę lat rodzice przekażą jej własną wizję odnośnie przyszłości i ścieżką, jaką miała podążyć.
Być może nawet dostrzegli się wzajemnie w dokładnie tym samym momencie – jakoś nigdy nie pytała o to, po prostu z radością przyjęła fakt, iż ich ścieżki w rzeczywistości się zbiegły, splątały, że zdawali się kroczyć jedną i tą samą.
Radość tę zaburzyła względnie niedawna wiadomość, że oto ma wyznaczonego męża; wiadomość, której wręcz nie przyjmowała do wiadomości. To Patrick miał być jej przyszłością, nie jakiś Crouch, na którego i tak dodatkowo musiałaby parę lat czekać, bo był od niej młodszy!
Powstała odnoga drogi wiodącej do przodu była uparcie ignorowana i zamaskowana.
Sekrety wyniszczały, wiedziała to, jednak nie potrafiła tego powiedzieć, zniszczyć to, co mieli, co tworzyli. Czasem tylko zawieszała się, spoglądała wtedy bardzo, bardzo poważnie na Patricka tymi swoimi błękitnymi oczyma, czasem nawet otwierała już usta, ale jak do tej pory – nie padały słowa, które mogłyby wstrząsnąć podstawą ich relacji.
A tak to przynajmniej widziała. Dlatego chwytała każdą daną im chwilę, czerpała z niej radość i radością emanowała na wszystkie strony. Śmiała się często, spoglądała często tak, jakby był wymarzonym rycerzem na białym koniu, z jeszcze większym zapałem składała z papieru coraz to kolejne figurki, ciekawa, co wyjdzie z połączenia dzieła rąk z magią ukochanego. Ukochanego – bo im więcej czasu mijało, tym bardziej przecież była pewna, że dotknęło ją nie szczeniackie zauroczenie, ale uczucie rodem ze wszelkich opowieści. Nie pomnąc, iż było to uczucie tak naprawdę skażone wiedzą.
Wiedzą, że może nie być tak, jak to sobie wyobrażała, że poczeka tylko rok, aż Steward skończy Hogwart, a potem, potem…
… świat miał leżeć u ich stóp.
Maj 1959 roku niósł ze sobą podekscytowanie kończącą się powoli szkołą. A to konkretnie popołudnie – wypełniało je to wywołane randką. I trochę zdenerwowanie też; nawet jeśli już mieli tych parę randek za sobą, to tak po szczeniacku, gdzieś z tyłu głowy błąkała się myśl, że może nie wygląda wystarczająco perfekcyjnie. W Hogwarcie miała ograniczone możliwości wystrojenia się, co nie przeszkadzało jednak Clare podkreślić delikatnie oczy i usta, starannie uczesać i ułożyć blond włosy, wyczyścić spódnicę z najmniejszego choćby włoska – wszak paru uczniów miało koty, które wałęsały się po komnatach Ravenclawu (i po szkole zresztą też) – do tego parę psików ulubionego zapachu… Zamachała dłonią już z daleka, gdy tylko go zauważyła, po czym właściwie przyspieszyła kroku.
- Hej – uśmiechnęła się najpiękniej, jak tylko potrafiła, gdy tylko przed nim stanęła. Zerknęła kontrolnie, czy w pobliżu przypadkiem nie ma niepożądanych oczu, które mogłyby to i owo zobaczyć; stwierdziwszy, że jest bezpiecznie, nie zawahała się przed krótkim całusem na powitanie – To co, idziemy? – spytała całkiem wesołym tonem, chyba nie mogąc się doczekać właściwego rozpoczęcia randki.
510