23.06.2024, 22:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2024, 10:37 przez Brenna Longbottom.)
Gdyby to była książka, być może Brenna zawróciłaby Anthony’ego z drogi, którą podążał: może byłaby tą, która mogłaby uratować. Ale nie nadawała się na bohaterkę romansu rodem z Szekspira (i przez to cała sytuacja była dla niej absurdalna, ba, tak surrealistyczna, że nawet uszczypnęła się w pewnym momencie, pełna obaw, że może znowu wpadła do jakiejś absolutnie szalonej wizji, że nigdy nie opuściła Perły Morza), i na pewne rzeczy było w tej chwili za późno.
Pomogłaby, gdyby naprawdę chciał pomocy w uwolnieniu się od tego wszystkiego, co ciążyło mu na barkach, ale on nie o pomoc przecież prosił, nie o pomocy mówił, a o samej Brennie. Tymczasem między nimi tkwiły cień Susanne Borgin, bezpieczeństwo Crawleyów, Zakon Feniksa, rola, jaką przyjęła na siebie ledwo kilka dni temu, śmierć Derwina i Jasona, spojrzenie małego ducha z lasu i wreszcie ogień Beltane, wciąż zdający się płynąć w żyłach. Za dużo – za wiele – aby potrafiła w tej chwili to wszystko po prostu zignorować. Nie gardziła nim nigdy, w pewnym sensie lubiła zawsze, ale sympatia czy przyjaźń nigdy nie oznaczały u Brenny, że ta przyjaźń będzie najważniejsza. Istniały rzeczy, których nie wybaczasz nawet przyjaciołom.
Zdołała zachować kamienny wyraz twarzy, kiedy po raz kolejny wspomniał o Atreusie. Biorąc pod uwagę, że Bulstrode miał ewidentnie regularnie ochotę ją zamordować, ona sama nie wiedziała, co właściwie czuje i ile w tym magii, a razem to ktoś mógł widzieć, kiedy wchodzili do archiwum, nie bardzo rozumiała, co wbił sobie do głowy. Czy może tamtego dnia, gdy próbowała widmowidzeniem sprawdzić historię ofiar widm z Kniei, Stanley dopisał sobie całą historię i przekonał do niej kuzyna?
A potem było jeszcze trudniej słuchać spokojnie.
Mogła uwierzyć, że nie wprowadzili go we wszystko i że nie wiedział – chyba zawsze wolała tak sądzić, bo gdyby zakładała, że jest inaczej, robiłaby przecież wszystko, co tylko robić mogła, aby mu zaszkodzić. A nie chciała mu szkodzić. Nie chciała, żeby chłopiec, którego pamiętała z Hogwartu, zamienił się w potwora. Ale już to, że miał kochać ją szaleńczo ktoś, z kim od półtora roku ledwo rozmawiała, było znacznie trudniejsze do zaakceptowania. Słowa o braku wyboru sprawiały, że na jej usta cisnęła się gniewna odpowiedź: wyboru nie mieli ci, którzy ginęli podczas Beltane, nie on. Czasem ten wybór był po prostu trudny i cena do zapłacenia wysoka – a Derwin i Jase ledwo co zapłacili swoją. Myśl o nich sprawiała, że coś zimnego jakby rozlało się w jej wnętrzu, skuwając serce lodem, zabijając współczucie czy żal, jakie mogłaby wywołać ta rozmowa, gdyby toczyła się parę miesięcy temu.
Zanim było za późno o kilka żyć.
Wszystko, co robiło się dla dobra Voldemorta, było skierowane przeciwko jej bliskim, bo pomnażało jego potęgę. Anthony wybrał swoją stronę, nawet jeśli twierdził, że tego wyboru nie miał.
Jak to kiedyś podsumował Dumbledore...? Bo widzisz, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy - o wiele bardziej, niż nasze zdolności?
Może dzięki temu, co Anthony powiedział, i dzięki wspomnieniu sabatu, mogła spojrzeć na tę kartę bez żadnych emocji.
– Co właściwie chcesz ode mnie usłyszeć, Anthony Borginie? – spytała tonem wypranym ze wszystkich uczuć.
Pomogłaby, gdyby naprawdę chciał pomocy w uwolnieniu się od tego wszystkiego, co ciążyło mu na barkach, ale on nie o pomoc przecież prosił, nie o pomocy mówił, a o samej Brennie. Tymczasem między nimi tkwiły cień Susanne Borgin, bezpieczeństwo Crawleyów, Zakon Feniksa, rola, jaką przyjęła na siebie ledwo kilka dni temu, śmierć Derwina i Jasona, spojrzenie małego ducha z lasu i wreszcie ogień Beltane, wciąż zdający się płynąć w żyłach. Za dużo – za wiele – aby potrafiła w tej chwili to wszystko po prostu zignorować. Nie gardziła nim nigdy, w pewnym sensie lubiła zawsze, ale sympatia czy przyjaźń nigdy nie oznaczały u Brenny, że ta przyjaźń będzie najważniejsza. Istniały rzeczy, których nie wybaczasz nawet przyjaciołom.
Zdołała zachować kamienny wyraz twarzy, kiedy po raz kolejny wspomniał o Atreusie. Biorąc pod uwagę, że Bulstrode miał ewidentnie regularnie ochotę ją zamordować, ona sama nie wiedziała, co właściwie czuje i ile w tym magii, a razem to ktoś mógł widzieć, kiedy wchodzili do archiwum, nie bardzo rozumiała, co wbił sobie do głowy. Czy może tamtego dnia, gdy próbowała widmowidzeniem sprawdzić historię ofiar widm z Kniei, Stanley dopisał sobie całą historię i przekonał do niej kuzyna?
A potem było jeszcze trudniej słuchać spokojnie.
Mogła uwierzyć, że nie wprowadzili go we wszystko i że nie wiedział – chyba zawsze wolała tak sądzić, bo gdyby zakładała, że jest inaczej, robiłaby przecież wszystko, co tylko robić mogła, aby mu zaszkodzić. A nie chciała mu szkodzić. Nie chciała, żeby chłopiec, którego pamiętała z Hogwartu, zamienił się w potwora. Ale już to, że miał kochać ją szaleńczo ktoś, z kim od półtora roku ledwo rozmawiała, było znacznie trudniejsze do zaakceptowania. Słowa o braku wyboru sprawiały, że na jej usta cisnęła się gniewna odpowiedź: wyboru nie mieli ci, którzy ginęli podczas Beltane, nie on. Czasem ten wybór był po prostu trudny i cena do zapłacenia wysoka – a Derwin i Jase ledwo co zapłacili swoją. Myśl o nich sprawiała, że coś zimnego jakby rozlało się w jej wnętrzu, skuwając serce lodem, zabijając współczucie czy żal, jakie mogłaby wywołać ta rozmowa, gdyby toczyła się parę miesięcy temu.
Zanim było za późno o kilka żyć.
Wszystko, co robiło się dla dobra Voldemorta, było skierowane przeciwko jej bliskim, bo pomnażało jego potęgę. Anthony wybrał swoją stronę, nawet jeśli twierdził, że tego wyboru nie miał.
Jak to kiedyś podsumował Dumbledore...? Bo widzisz, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy - o wiele bardziej, niż nasze zdolności?
Może dzięki temu, co Anthony powiedział, i dzięki wspomnieniu sabatu, mogła spojrzeć na tę kartę bez żadnych emocji.
– Co właściwie chcesz ode mnie usłyszeć, Anthony Borginie? – spytała tonem wypranym ze wszystkich uczuć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.