24.06.2024, 01:28 ✶
Ulysses stał nieruchomo, przyglądając się z uwagą Lyssie. Nie reagował, gdy odkładała serwetki na bok. Właściwie jedyna reakcja, która mu w tym momencie przychodziła do głowy wiązała się z wezwaniem kelnera, by je gdzieś zabrał i wyrzucił. Ale wtedy wyszłoby na jaw, że był pedantem a to niekoniecznie dobra cecha charakteru u nowego znajomego. Cierpliwie czekał aż dziewczyna odpowie mu na któreś z jego pytań. Owszem, czuł, że może nie były najbardziej trafne (i pewnie ktokolwiek by je usłyszał, mógłby mu wymyślić zamiast nich lepszą, ba, jakąkolwiek, ripostę), ale pocieszał się myślą, że zadał ich tyle, że mogła sobie wybrać i odpowiedzieć na to, które jej się najbardziej spodobało.
Tak przynajmniej sądził do chwili, w której Lyssa zaczęła… śpiewać? Rookwood zmarszczył brwi, tu już kompletnie nie wiedząc jak powinien zareagować. Kontrolnie rozejrzał się na boki, jakby szukając kogoś, kto może stał obok niego i do kogo mogła kierować słowa piosenki. Albo kogoś, z kim próbowała sobie stroić z niego żarty (bo ta myśl również pojawiła się w jego głowie). Ale nikogo nie dostrzegł i… i już kompletnie nie wiedział, jak właściwie powinien się zachować.
Trochę to było żenujące.
Byleby ukryć jak bardzo nie na miejscu się poczuł, postanowił napić się trzymanego w ręku alkoholu. Miało to stanowić dla niego, zresztą, doskonałą wymówkę: pijąc, przynajmniej nie musiał się silić na jakąś słowną reakcję.
I wtedy cała sytuacja zaczęła go bawić. O jak cholernie zaczęło go to wszystko bawić. Przyszedł na kolejne wesele swojej siostry, zaraz pewnie czeka go kolejny pogrzeb a teraz stał przy barze i wysłuchiwał pieśni jakiegoś podlotka. Może ta mała miała siebie za jakąś willę czy coś? I jeszcze tak zabawnie gestykulowała!
- Hihihihihihi... – nie dał rady powstrzymać się od chichotu. Normalnie dotarłoby do niego jak bardzo ten nienaturalnie brzmiał w jego własnych uszach, jak bardzo w ogóle był nienaturalny, bo Ulysses Rookwood najwyżej próbował wykrzywiać usta w namiastce uśmiechu, ale nigdy nie śmiał się w głos. A teraz się śmiał. Tylko, że w tym momencie nie potrafił. To było silniejsze od niego.
Uniósł wolną rękę do twarzy, próbując się jakoś zasłonić. Bądź co bądź, Lyssa śpiewała ładnie i to naprawdę było bardzo nieładne, tak się z niej teraz śmiać w żywe oczy. Ale, nie oszukując, sama sobie była winna, skoro wybrała taką a nie inną formę komunikacji. Nawet Ulysses wiedział, że śpiewanie do tylko co poznanych ludzi, o miłości i o marzeniach było zagrywką mocno kontrowersyjną.
- J-jesteś jeszcze bardziej dziwna niż ja – rzucił, między kolejną salwą, tym razem zduszonego śmiechu. Otarł palcami łzy rozbawienia, które pojawiły mu się w kącikach oczu. – M-myślałem, że to niemożliwe.
Odwrócił głowę w bok, próbując nieudolnie ukryć jak bardzo nadal chciało mu się śmiać. I może trochę umknęło mu, że w tym całym śpiewaniu, wbrew słowom piosenki Lyssa nie wyglądała ani na zakochaną, ani nawet na pogodną, ale wreszcie i to dostrzegł.
- Ej, spokojnie. To było naprawdę ładne! – próbował ją uspokoić. Tylko, że ze śmiechu aż rozbolał go brzuch. - Nieoczekiwane, ale ładne. - Ulysses nie był mistrzem pocieszania, w dodatku jeszcze działał na niego magiczny drink, ale naprawdę starał się z całej siły.
Tak przynajmniej sądził do chwili, w której Lyssa zaczęła… śpiewać? Rookwood zmarszczył brwi, tu już kompletnie nie wiedząc jak powinien zareagować. Kontrolnie rozejrzał się na boki, jakby szukając kogoś, kto może stał obok niego i do kogo mogła kierować słowa piosenki. Albo kogoś, z kim próbowała sobie stroić z niego żarty (bo ta myśl również pojawiła się w jego głowie). Ale nikogo nie dostrzegł i… i już kompletnie nie wiedział, jak właściwie powinien się zachować.
Trochę to było żenujące.
Byleby ukryć jak bardzo nie na miejscu się poczuł, postanowił napić się trzymanego w ręku alkoholu. Miało to stanowić dla niego, zresztą, doskonałą wymówkę: pijąc, przynajmniej nie musiał się silić na jakąś słowną reakcję.
I wtedy cała sytuacja zaczęła go bawić. O jak cholernie zaczęło go to wszystko bawić. Przyszedł na kolejne wesele swojej siostry, zaraz pewnie czeka go kolejny pogrzeb a teraz stał przy barze i wysłuchiwał pieśni jakiegoś podlotka. Może ta mała miała siebie za jakąś willę czy coś? I jeszcze tak zabawnie gestykulowała!
- Hihihihihihi... – nie dał rady powstrzymać się od chichotu. Normalnie dotarłoby do niego jak bardzo ten nienaturalnie brzmiał w jego własnych uszach, jak bardzo w ogóle był nienaturalny, bo Ulysses Rookwood najwyżej próbował wykrzywiać usta w namiastce uśmiechu, ale nigdy nie śmiał się w głos. A teraz się śmiał. Tylko, że w tym momencie nie potrafił. To było silniejsze od niego.
Uniósł wolną rękę do twarzy, próbując się jakoś zasłonić. Bądź co bądź, Lyssa śpiewała ładnie i to naprawdę było bardzo nieładne, tak się z niej teraz śmiać w żywe oczy. Ale, nie oszukując, sama sobie była winna, skoro wybrała taką a nie inną formę komunikacji. Nawet Ulysses wiedział, że śpiewanie do tylko co poznanych ludzi, o miłości i o marzeniach było zagrywką mocno kontrowersyjną.
- J-jesteś jeszcze bardziej dziwna niż ja – rzucił, między kolejną salwą, tym razem zduszonego śmiechu. Otarł palcami łzy rozbawienia, które pojawiły mu się w kącikach oczu. – M-myślałem, że to niemożliwe.
Odwrócił głowę w bok, próbując nieudolnie ukryć jak bardzo nadal chciało mu się śmiać. I może trochę umknęło mu, że w tym całym śpiewaniu, wbrew słowom piosenki Lyssa nie wyglądała ani na zakochaną, ani nawet na pogodną, ale wreszcie i to dostrzegł.
- Ej, spokojnie. To było naprawdę ładne! – próbował ją uspokoić. Tylko, że ze śmiechu aż rozbolał go brzuch. - Nieoczekiwane, ale ładne. - Ulysses nie był mistrzem pocieszania, w dodatku jeszcze działał na niego magiczny drink, ale naprawdę starał się z całej siły.