24.06.2024, 11:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2024, 21:49 przez Alexander Mulciber.)
Z ogrodu pod wejście do sali bankietowej, gdzie próbujemy minąć Geraldine i Isaaca
część 1: Eden
”Nie bije mnie, jeśli o to pytasz”. W oczach Alexandra błysnęło na początku lekkie rozbawienie, jak gdyby nie chciało mu się wierzyć, że właśnie w tę stronę podążyły myśli kobiety. Od kiedy tak nisko się cenisz, miał ochotę zakpić, bo widać miał o niej lepsze mniemanie niż ona sama. Nie wiedział, kto powinien czuć się z tego powodu bardziej zażenowany. Nie, nie o to pytał – zresztą, Eden Malfoy była ostatnią osobą, którą podejrzewałby o syndrom bitej żony: może dlatego, że szczerze pogardzał kobietami, które pozwalały się tak traktować mężom. Nie żywił takiej pogardy jedynie wobec Diany.
Nikt nie potrafił pojąć natury relacji łączącej go ze szwagierką, ale prawda była taka, że razem przeżyli coś, co zbliżyło ich na zawsze – dzielili zbyt wiele traum, zbyt wiele sekretów, nawet kata mieli wspólnego – Alex doskonale wiedział, w jaki sposób traktował ją jego popieprzony braciszek, i nienawidził bezsilności, jaką czuł, nie potrafiąc jej obronić. Dla Diany miał, zdawałoby się, niewyczerpane pokłady czułości – takie, których istnienia doświadczyła przed nią tylko Ambrosia – pragnął zapewnić jej bezpieczeństwo, sprawić, by była szczęśliwa... Nie, Alex nie potrafiłby powiedzieć złego słowa o Dianie. Natomiast Eden – och, Eden nawrzucałby bezlitośnie zanim zaoferowałby jej pomoc.
W rzadkim przypływie introspekcji zastanowił się, czy to nie dlatego wizja Eden w roli ofiary była tak niekomfortowa – absurdalna wręcz – bo poniekąd widział w niej samego siebie.
Eden nie wpierdalała się do życia Alexa, nigdy nie pozostawiała też złudzeń co do natury ich przyjaźni – zresztą, kiedy mówiła mu, że przehandlowałaby jego duszę za mniej niż knuta, on życzył jej, żeby połamała sobie zęby, sprawdzając autentyczność monety – a jednak, stała teraz tutaj obok niego. Nawet do jebanej Francji przysłała mu list. Mulciber mógł być skończonym skurwysynem, ale doceniał to, bez względu na kierujące kobietą motywy. Co z tego, że najwyższym wyrazem sympatii, na jaki potrafili się wobec siebie zdobyć, było przyznanie, że się tolerują? Tolerowali się tak niemal dwadzieścia lat. Może właśnie to lubił w Eden: to, że oboje niczego od siebie nie wymagali. Ona nie oczekiwała od niego troski – nie wątpił, że była dużą dziewczynką i sama umiała rozwiązywać swoje problemy – on nie oczekiwał, że zostanie wzięty na poważnie. Ale i tak spytał. Bo jeśli nie on, to kto?
– Nie, nie o to pytam – odpowiedział chłodno Alexander. Zmarszczył delikatnie brwi, jakby obrzydzała go choćby sama sugestia. – Oboje dobrze wiemy, że są lepsze sposoby, by kogoś upodlić. – Krótkie prychnięcie było pozbawione humoru. Zbliżył papierosa do ust z namaszczeniem wieszcza skrytego w oparach kadzideł. Jego oczy nie przestały świdrować Eden. – Pytam o szacunek.
Szacunek – jak to brzmiało w ustacho Mulcibera! – co on mógł niby wiedzieć szacunku?
Cóż, wiedział wystarczająco, zwłaszcza w kontekście relacji damsko-męskich.
Szacunek nie gwarantował miłości, ale zawsze ją wyprzedzał: miłość nie istniała bez szacunku. Czasem szacunek był nawet ważniejszy od miłości. Sam boleśnie się o tym przekonał podczas rozstania z Rosie, siedem pieprzonych lat temu. Ale nie mógł o tym teraz myśleć: niegdyś to z Ambrosią bywał przecież na takich weselach – wtedy, kiedy jeszcze był na nie zapraszany – wystarczyło, że się rozejrzał, wszędzie dookoła czyhały wspomnienia ich wspólnego szczęścia. Nawet widok starej fontanny był nagle czymś nie do zniesienia, bo kiedyś musiał ratować Rosie przed utonięciem w podobnej, tylko po to, by skończyć razem z nią w wodzie, wymieniając pocałunki. Eden mogła go wyśmiać, ale Eden była kobietą, a dla mężczyzny – szacunek był wszystkim. Wystarczyło porównać, jak Alex zwykł traktować Lorettę, z tym, jak odnosił się do Ambrosii.
Alexander Mulciber był hipokrytą.
Ale wbrew temu, co czasem mówił, nie życzył Eden źle. Na pewno zaś nie życzył jej, by mąż traktował ją tak, jak Alex traktował własną żonę: tak, jak gdyby karał ją za to, że nie jest inną kobietą.
Przypomniał sobie, by patrzeć w przyszłość, a nie przeżywać wciąż na nowo to, co należało do przeszłości.
Tylko dlaczego w przyszłości Eden widział szczerbaty uśmiech Alastora Moody'ego?
Mrugnął.
To jakiś żart?
A może ona ma po prostu nasrane we łbie?
—
część 2: Eden, Perseus
Zaabsorbowany kontemplacją przebłysków przyszłości, Alexander milczał w obecności Perseusa Blacka: przyglądał się manipulacjom przyjaciółki z pobłażliwym rozbawieniem, ćmiąc papierosa. Tyle razy był świadkiem podobnych scen, ale nigdy nie znudziło mu się oglądanie Eden w akcji. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że Perseus nie ma wrogich intencji – w jego myślach panował kompletny chaos z powodu chwilowej amnezji – z ramion Mulciber zniknęło napięcie. Porzucił maskę sztywnego naukowca z autyzmem, żeby przywdziać na powrót maskę nonszalanckiego niewymownego z autyzmem. W stanie obecnego splątania, Black i tak go nie zdołałby go rozpoznać, i wydać ochroniarzom.
Chcę to, co on bierze, pomyślał tęsknie Alex. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że odruchowo na przemian to zaciska i rozluźnia pięść, jak wtedy, kiedy chciał uwidocznić sobie żyły przed iniekcją. Natychmiast znieruchomiał.
Uśmiechnął się lekko w stronę Eden, kiedy ta zwróciła ku niemu roziskrzone spojrzenie, tchnące złośliwą familiaryjnością, którą pamiętał jeszcze z czasów młodości.
Przypominała teraz kapryśną, zepsutą dziewczynkę, która wysłała wszystkie swoje lalki na szafot, wieszając je za główki, i domaga się nowej rozrywki – może gilotyna zamiast szubienicy? – bo ta forma egzekucji już jej się znudziła.
Przypominała mu trochę Dianę na głodzie, kiedy ta zwodziła przypadkowych ludzi w tłumie nieznajomych twarzy, tylko po to, by coś poczuć.
Nie mógł nie dorzucić swoich trzech knutów.
– Powinieneś mu pan przyłożyć, panie ministrze – rzucił zdawkowo Mulciber. – W imię zasad.
Przydeptał butem niedogaszonego peta, obserwując, jak Perseus – pardon, Fortinbras Malfoy – oddala się w stronę bliźniaka Eden, Elliotta.
– Ładnie – pochwalił Eden. Rzadko ją komplementował, ale tego wieczoru był wyjątkowo wylewny. – Tyle zachodu, żebyś mogła mówić do Perseusa Blacka per “tatusiu”.
Arogancki uśmieszek wciąż czaił się w kącikach ust Alexa, kiedy ten z galanterią zaoferował kobiecie swoje ramię, bez względu na jej reakcję.
– Chodź, doktorek i tak nie dotrze do Elliotta. Zaraz uzna, że sabotujemy mu wesele, a mieliśmy przecież grać przykładne małżeństwo. – Aż skręciło go w środku, kiedy wypowiadał ten żart, na szczęście, w związku z Lorettą – bo na pewno nie przez to, że regularnie nadużywał alkoholu – zdążył dorobić się wrzodów stresowych, więc trzymał się dzielnie, nawykły do podobnych sensacji żołądkowych: gorzej, że nagła fala mdłości przypomniała mu o Moodym (który od czasu Lammas kojarzył mu się z wonią rzygowin).
Musiał przetrawić to, co ujrzał w przyszłości Eden.
—
część 3: Eden, Geraldine, Isaac
Pogrążony w myślach, zarejestrował jakieś zamieszanie blisko wejście do sali bankietowej – kobieta głośno wykrzykiwała puste pretensje, zapewne w stronę kochanka, nie widział dobrze – próbował wyminąć gapiów, ale niefortunnie przeciął drogę jakiejś parze.
– Przepraszam – rzucił w stronę Geraldine Yaxley i Isaaca Bagshota, i zamarł.
Trudno było zapomnieć o intrygującej blondynce spotkanej na Nokturnie – tylko, kurwa mać, nie pamiętał do końca, co jej tam nagadał, i nagle szalenie go to zestresowało – jeszcze trudniej o dziennikarzu fotografującym chujoświeczki, któremu obiecało się materiał na wyłączność na temat obsranej fundacji Mulciberów.
Alexander bardzo nie chciał być rozpoznany.
Spuścił oczy, nagle wybitnie zainteresowany swoimi butami, zgarbił się też nieco, starając się sprawiać wrażenie niższego niż był w rzeczywistości – niestety, ciężko zniknąć w tłumie komuś, kto mierzy prawie dwa metry – dobrze, że w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy kompletnie zaniechał wizyt u fryzjera: przydługie włosy, lekko skręcając się na końcach, opadały mu teraz na czoło, całkiem nieźle przysłaniając twarz. Zamierzał milczeć, i ładnie wyglądać u boku Eden – eleganckie akcesorium na ramieniu eleganckiej kobiety – licząc po cichu na to, że nikt nie zwróci na niego uwagi.
William Lestrange skinął głową łowczyni oraz dziennikarzowi, dyskretnie pociągając żonę w stronę sali bankietowej.
część 1: Eden
”Nie bije mnie, jeśli o to pytasz”. W oczach Alexandra błysnęło na początku lekkie rozbawienie, jak gdyby nie chciało mu się wierzyć, że właśnie w tę stronę podążyły myśli kobiety. Od kiedy tak nisko się cenisz, miał ochotę zakpić, bo widać miał o niej lepsze mniemanie niż ona sama. Nie wiedział, kto powinien czuć się z tego powodu bardziej zażenowany. Nie, nie o to pytał – zresztą, Eden Malfoy była ostatnią osobą, którą podejrzewałby o syndrom bitej żony: może dlatego, że szczerze pogardzał kobietami, które pozwalały się tak traktować mężom. Nie żywił takiej pogardy jedynie wobec Diany.
Nikt nie potrafił pojąć natury relacji łączącej go ze szwagierką, ale prawda była taka, że razem przeżyli coś, co zbliżyło ich na zawsze – dzielili zbyt wiele traum, zbyt wiele sekretów, nawet kata mieli wspólnego – Alex doskonale wiedział, w jaki sposób traktował ją jego popieprzony braciszek, i nienawidził bezsilności, jaką czuł, nie potrafiąc jej obronić. Dla Diany miał, zdawałoby się, niewyczerpane pokłady czułości – takie, których istnienia doświadczyła przed nią tylko Ambrosia – pragnął zapewnić jej bezpieczeństwo, sprawić, by była szczęśliwa... Nie, Alex nie potrafiłby powiedzieć złego słowa o Dianie. Natomiast Eden – och, Eden nawrzucałby bezlitośnie zanim zaoferowałby jej pomoc.
W rzadkim przypływie introspekcji zastanowił się, czy to nie dlatego wizja Eden w roli ofiary była tak niekomfortowa – absurdalna wręcz – bo poniekąd widział w niej samego siebie.
Eden nie wpierdalała się do życia Alexa, nigdy nie pozostawiała też złudzeń co do natury ich przyjaźni – zresztą, kiedy mówiła mu, że przehandlowałaby jego duszę za mniej niż knuta, on życzył jej, żeby połamała sobie zęby, sprawdzając autentyczność monety – a jednak, stała teraz tutaj obok niego. Nawet do jebanej Francji przysłała mu list. Mulciber mógł być skończonym skurwysynem, ale doceniał to, bez względu na kierujące kobietą motywy. Co z tego, że najwyższym wyrazem sympatii, na jaki potrafili się wobec siebie zdobyć, było przyznanie, że się tolerują? Tolerowali się tak niemal dwadzieścia lat. Może właśnie to lubił w Eden: to, że oboje niczego od siebie nie wymagali. Ona nie oczekiwała od niego troski – nie wątpił, że była dużą dziewczynką i sama umiała rozwiązywać swoje problemy – on nie oczekiwał, że zostanie wzięty na poważnie. Ale i tak spytał. Bo jeśli nie on, to kto?
– Nie, nie o to pytam – odpowiedział chłodno Alexander. Zmarszczył delikatnie brwi, jakby obrzydzała go choćby sama sugestia. – Oboje dobrze wiemy, że są lepsze sposoby, by kogoś upodlić. – Krótkie prychnięcie było pozbawione humoru. Zbliżył papierosa do ust z namaszczeniem wieszcza skrytego w oparach kadzideł. Jego oczy nie przestały świdrować Eden. – Pytam o szacunek.
Szacunek – jak to brzmiało w ustacho Mulcibera! – co on mógł niby wiedzieć szacunku?
Cóż, wiedział wystarczająco, zwłaszcza w kontekście relacji damsko-męskich.
Szacunek nie gwarantował miłości, ale zawsze ją wyprzedzał: miłość nie istniała bez szacunku. Czasem szacunek był nawet ważniejszy od miłości. Sam boleśnie się o tym przekonał podczas rozstania z Rosie, siedem pieprzonych lat temu. Ale nie mógł o tym teraz myśleć: niegdyś to z Ambrosią bywał przecież na takich weselach – wtedy, kiedy jeszcze był na nie zapraszany – wystarczyło, że się rozejrzał, wszędzie dookoła czyhały wspomnienia ich wspólnego szczęścia. Nawet widok starej fontanny był nagle czymś nie do zniesienia, bo kiedyś musiał ratować Rosie przed utonięciem w podobnej, tylko po to, by skończyć razem z nią w wodzie, wymieniając pocałunki. Eden mogła go wyśmiać, ale Eden była kobietą, a dla mężczyzny – szacunek był wszystkim. Wystarczyło porównać, jak Alex zwykł traktować Lorettę, z tym, jak odnosił się do Ambrosii.
Alexander Mulciber był hipokrytą.
Ale wbrew temu, co czasem mówił, nie życzył Eden źle. Na pewno zaś nie życzył jej, by mąż traktował ją tak, jak Alex traktował własną żonę: tak, jak gdyby karał ją za to, że nie jest inną kobietą.
Przypomniał sobie, by patrzeć w przyszłość, a nie przeżywać wciąż na nowo to, co należało do przeszłości.
Tylko dlaczego w przyszłości Eden widział szczerbaty uśmiech Alastora Moody'ego?
Mrugnął.
To jakiś żart?
A może ona ma po prostu nasrane we łbie?
—
część 2: Eden, Perseus
Zaabsorbowany kontemplacją przebłysków przyszłości, Alexander milczał w obecności Perseusa Blacka: przyglądał się manipulacjom przyjaciółki z pobłażliwym rozbawieniem, ćmiąc papierosa. Tyle razy był świadkiem podobnych scen, ale nigdy nie znudziło mu się oglądanie Eden w akcji. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że Perseus nie ma wrogich intencji – w jego myślach panował kompletny chaos z powodu chwilowej amnezji – z ramion Mulciber zniknęło napięcie. Porzucił maskę sztywnego naukowca z autyzmem, żeby przywdziać na powrót maskę nonszalanckiego niewymownego z autyzmem. W stanie obecnego splątania, Black i tak go nie zdołałby go rozpoznać, i wydać ochroniarzom.
Chcę to, co on bierze, pomyślał tęsknie Alex. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że odruchowo na przemian to zaciska i rozluźnia pięść, jak wtedy, kiedy chciał uwidocznić sobie żyły przed iniekcją. Natychmiast znieruchomiał.
Uśmiechnął się lekko w stronę Eden, kiedy ta zwróciła ku niemu roziskrzone spojrzenie, tchnące złośliwą familiaryjnością, którą pamiętał jeszcze z czasów młodości.
Przypominała teraz kapryśną, zepsutą dziewczynkę, która wysłała wszystkie swoje lalki na szafot, wieszając je za główki, i domaga się nowej rozrywki – może gilotyna zamiast szubienicy? – bo ta forma egzekucji już jej się znudziła.
Przypominała mu trochę Dianę na głodzie, kiedy ta zwodziła przypadkowych ludzi w tłumie nieznajomych twarzy, tylko po to, by coś poczuć.
Nie mógł nie dorzucić swoich trzech knutów.
– Powinieneś mu pan przyłożyć, panie ministrze – rzucił zdawkowo Mulciber. – W imię zasad.
Przydeptał butem niedogaszonego peta, obserwując, jak Perseus – pardon, Fortinbras Malfoy – oddala się w stronę bliźniaka Eden, Elliotta.
– Ładnie – pochwalił Eden. Rzadko ją komplementował, ale tego wieczoru był wyjątkowo wylewny. – Tyle zachodu, żebyś mogła mówić do Perseusa Blacka per “tatusiu”.
Arogancki uśmieszek wciąż czaił się w kącikach ust Alexa, kiedy ten z galanterią zaoferował kobiecie swoje ramię, bez względu na jej reakcję.
– Chodź, doktorek i tak nie dotrze do Elliotta. Zaraz uzna, że sabotujemy mu wesele, a mieliśmy przecież grać przykładne małżeństwo. – Aż skręciło go w środku, kiedy wypowiadał ten żart, na szczęście, w związku z Lorettą – bo na pewno nie przez to, że regularnie nadużywał alkoholu – zdążył dorobić się wrzodów stresowych, więc trzymał się dzielnie, nawykły do podobnych sensacji żołądkowych: gorzej, że nagła fala mdłości przypomniała mu o Moodym (który od czasu Lammas kojarzył mu się z wonią rzygowin).
Musiał przetrawić to, co ujrzał w przyszłości Eden.
—
część 3: Eden, Geraldine, Isaac
Pogrążony w myślach, zarejestrował jakieś zamieszanie blisko wejście do sali bankietowej – kobieta głośno wykrzykiwała puste pretensje, zapewne w stronę kochanka, nie widział dobrze – próbował wyminąć gapiów, ale niefortunnie przeciął drogę jakiejś parze.
– Przepraszam – rzucił w stronę Geraldine Yaxley i Isaaca Bagshota, i zamarł.
Trudno było zapomnieć o intrygującej blondynce spotkanej na Nokturnie – tylko, kurwa mać, nie pamiętał do końca, co jej tam nagadał, i nagle szalenie go to zestresowało – jeszcze trudniej o dziennikarzu fotografującym chujoświeczki, któremu obiecało się materiał na wyłączność na temat obsranej fundacji Mulciberów.
Alexander bardzo nie chciał być rozpoznany.
Spuścił oczy, nagle wybitnie zainteresowany swoimi butami, zgarbił się też nieco, starając się sprawiać wrażenie niższego niż był w rzeczywistości – niestety, ciężko zniknąć w tłumie komuś, kto mierzy prawie dwa metry – dobrze, że w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy kompletnie zaniechał wizyt u fryzjera: przydługie włosy, lekko skręcając się na końcach, opadały mu teraz na czoło, całkiem nieźle przysłaniając twarz. Zamierzał milczeć, i ładnie wyglądać u boku Eden – eleganckie akcesorium na ramieniu eleganckiej kobiety – licząc po cichu na to, że nikt nie zwróci na niego uwagi.
William Lestrange skinął głową łowczyni oraz dziennikarzowi, dyskretnie pociągając żonę w stronę sali bankietowej.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat