Nigdy nie miał się przed tym wstrzymywać. Nigdy nie miał oszczędzać sobie łez, rozjebywania parapetów, albo skrapiania ich deszczem i burzą, kiedy była taka potrzeba. To wszystko było w nim, a skoro w nim było to nie mógł tego nie kochać. Nie musiało mu się to za to podobać. Nie podobało mu się, kiedy płakał, kiedy się kaleczył przez wybuch złości, ani kiedy musiał się suszyć i osuszać metal, żeby czasem nie uległ uszkodzeniu. Nie chciał, żeby czuł się smutny, żeby targał nim gniew, ani żeby musieli radzić sobie z mniejszymi czy większymi konsekwencjami rzucanymi im przez świat. Nie chciał żadnego z tych elementów. Życie nie było bajką i jeśli nawet usłano je różami na krótkim odcinku to te róże zawsze miały swoje kolce. Cain nie chciał po nie sięgać, nie chciał dotykać ich palcami, nie chciał wchodzić na drogę z wierzchu oprószoną czerwienią, pod powierzchnią nabitą kolcami. Jeśli mieli po niej iść to chciał wziąć Flynna na ręce i przejść po tej drodze z nim. Nawet jeśli Wrona nie był wcale malutkim ptakiem, który zmieściłby się na jego ramieniu. Możesz więc nie liczyć na smutki, ale one zawsze tam będą. Ten płacz zawsze tam będzie - szczególnie w nim. Miałby być na niego zły? Odpychać to? Odepchnął tylko własną złość. To ten deszcz. To musiał być ten deszcz. Woda, która zawsze mu pomagała tak samo, kiedy spływała po jego skórze. Albo..? Może tym razem to nie chłód wody, a gorące pocałunki, oddychanie cudzym powietrzem? Nie, nie po prostu cudzym. Jego powietrzem.
- Nie wiem. Może niewystarczająco się wyszalałeś. - W końcu Flynn lubił potańczyć, lubił się napić, lubił pobajerować śliczne dziewczyny i równie ślicznych chłopców. Siedział potem nad swoimi księgami, jakby na zapas zbierał energię, żeby móc znowu wrócić do wstawiania swojego nosa przez drzwi najwyższej komnaty w najwyższej wieży i sprawdzać, czy świat jeszcze istnieje. A istniał. Istniał i ciągle nie mógł się zatrzymać, bez względu na to, ile magów się o to starało. Ucałował jego policzek, jego żuchwę, jego szyję.
Przytulił go do siebie i zamknął w ramionach, nieco go kołysząc. Przytrzymując jego potylicę i oddając głęboki wdech temu światu.
Rzeczy, które wydawały się Flynnowi skomplikowane czasem bywały bardzo proste w oczach Caina. Odwoływały się znów do prostego pojęcia tego świata: to, że coś ci się nie podoba nie znaczy jeszcze, że może zostać odepchnięte.
- Musisz mi wynagrodzić na zapas te paskudne teleportowania. - Cmoknął go w skroń i pociągnął go za dłoń w kierunku użyczonej komnaty, żeby tam się przebrać i przygotować na drogę. Spojrzał na te chmury, które powoli się zwijały - przypominały watę cukrową, która zapomniała, że powinna przystroić się w róż. Na szczęście ten róż widział na rozgrzanych policzkach Fleamonta. A przynajmniej z różem go skojarzył - ciemniejsze plamy na jego skórze. Nie bardzo w zasadzie wiedział, skąd miał przed oczami obraz zarumienionego Flynna w kolorze, skoro cały ten świat był od zawsze czarno-biały i ponury. - Powinienem znać jakieś szczegóły, których nie chciałem słuchać z ust tej wiedźmy? - Bo nawet nie zapytał, gdzie to dokładnie jest. Prawdę powiedziawszy rozgniewał się na tyle, że nawet gdyby Flynn tego nie wiedział to nie chciał tam zostawać i dopytywać. Wolał wrócić później, jak ochłonie. Najwyraźniej, na całe szczęście, nie musiał - mężczyzna obok niego był już wtajemniczony. - Hasło o tym, że Fontaine wybiera się tam jutro a Dante jest w drodze wystarczająco przekonuje mnie, żeby nie zwlekać zanadto.