24.06.2024, 14:39 ✶
Już miała się odezwać, już miała powiedzieć coś obłędnie zabawnego, co miało brzmieć jak Brenna, chociaż nie była Brenną, ale mózg jej się smażył, żeby brzmiało to możliwie wiarygodnie, kiedy przyjaciółka ją ubiegła. Mildred ostentacyjnie oparła się o framugę drzwi, wbijając oczy w niebo (ale blisko był sufit, kosmicznie i co, mogła prawie napluć Bazyliszkowi na głowę! Nie to, żeby chciała to zrobić).
– Ja pierdolę, nie mogłaś chociaż dwóch minut wytrzymać? Jakbym się wyjebała na chodniku to serio te dwie minuty by absolutnie nikogo nie zbawiły... – burknęła na Brennę, chociaż znów musiała schylić głowę w dół, patrząc na przejętą siebie, taką uniżenie przepraszającą. Alastor to by dopiero śmiechł jakby to zobaczył. Co za słabość. – Za co Ty go przepraszasz w ogóle, przecież on się na pewno cieszy, że ma towarzystwo i to nie jednej a dwóch babek. Wiesz jak bardzo zarzeka się, że nie jest pedałem? No to kurwa nominalnie powinien się cieszyć. – omijając zasady savoir-vivru (viveru?) wyminęła Bazyliszka ładując się do domu.
– Tak właśnie łamanie klątw. Jesteś specem co nie? Wojna trwa, niebezpiecznie tak jak różdżką nawet nie możesz pomachać, bo nie wiadomo czy jej nie odjebie. – zamrugała kilkukrotnie, bo znów coś jej przyszło do głowy głupiego. I zanim powiedziała cokolwiek więcej, złapała Basiliusa za ramię, próbując usłyszeć (zobaczyć?) co jego ubranie ma do powiedzenia. Zawsze była ciekawa tego jak Brenna widzi (słyszy?) te wszystkie rzeczy, a przecież nie używała do tego różdżki, więc co się mogło złego stać?