24.06.2024, 19:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2024, 19:48 przez Millie Moody.)
Serce Millie waliło mocno i po raz pierwszy poczuła, że zapomniała o tym całym syfie, o tym, że Alik został gdzieś daleko w Londynie, że ją porzucił tutaj, tak jak kilka lat temu porzucił ją samą w domu. W miejscu strachu, bólu, samotności i wszystkich innych myśli zaczynających się na "S" pojawił się blask księżyca, silne objęcie drugiej osoby, i wiatr splatający biel i czerń. I zapach, słodki zapach w uścisku tak dobrze wyczuwalny mimo szarpiącego je wiatru. Nie była świadoma tego, że przesadziła, granice były czymś co przydarzało się innym. Jej horyzont nie pokrywał się z horyzontem innym, rozedrgany, rozregulowany, nazbyt intensywny, by dało się go opisać. Czasem wystarczył szept, czasem i krzyku zbrakło by do niej dotrzeć, ale nie myślała o tym wszystkim teraz, będąc krukiem, który wydarł odrobinę raju dla siebie.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem... – odpowiedziała jej cicho, a potem nagle miotła... stanęła w miejscu i zaczęła spadać siłą bezładności. Mildred trzymała ją mocno, nie robiła tego pierwszy raz, choć nigdy jej sprzęt nie miał aż takiego obciążenia. Obie drobne, nie przyjmowała do wiadomości, że mogłoby być inaczej, że miotła odmówiłaby jej posłuszeństwa. Nie znała strachu, ta część mózgu obezwładniona była tylko stratą brata, jedynej osoby, przy której szarpiący ją huragan cichł, jakby znaleźli się razem w samym jego centrum. Trzymała ją mocno, jakby chciała wlepić ją w siebie, jej spokój, uporządkowanie, to jak doskonale panowała nad sobą, mimo strachu lśniącego w jasnych oczach. Zazdrość mieszała się z uwielbieniem, w każdej jednej sekundzie ich lotu. Śmierć z życiem. Porządek z chaosem.
Przeciążenie było silne, ale nie doczekała ostatniej chwili by odpalić znów miotłę. Łuk był ostry, gnały teraz na szczyt sowiarnianego dachu, w którego roztaczał się najlepszy widok na wieżę zegarową i długi chybotliwy mostek – najlepsze, najmniej strzeżone przejście, obietnica powrotu do domu.
– A wróć... miała być ziemia. – zaśmiała się kręcąc kółko wokół dachu i odbijając na wzgórze, które było za nim. Z zaskakująco wolnym tempem dotarła na samą górę, by w końcu opaść ślizgiem na miękką ziemię. Wokół buchało jeszcze ciepło rozgrzanej wrześniem trawy. Łagodna zieleń pokryta teraz granatem nocnego płaszczu. Ale ziemia przeszkadzała. Ziemia przypominała o grzechach niebios. O upadku. Millie przygryzła wargę unikając spojrzenia Eden. Zamiast tego, odsuwając się trochę na bok patrzyła na zamek, próbując znaleźć start ich wieczornej przejażdżki, astronomiczną wieżę.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem... – odpowiedziała jej cicho, a potem nagle miotła... stanęła w miejscu i zaczęła spadać siłą bezładności. Mildred trzymała ją mocno, nie robiła tego pierwszy raz, choć nigdy jej sprzęt nie miał aż takiego obciążenia. Obie drobne, nie przyjmowała do wiadomości, że mogłoby być inaczej, że miotła odmówiłaby jej posłuszeństwa. Nie znała strachu, ta część mózgu obezwładniona była tylko stratą brata, jedynej osoby, przy której szarpiący ją huragan cichł, jakby znaleźli się razem w samym jego centrum. Trzymała ją mocno, jakby chciała wlepić ją w siebie, jej spokój, uporządkowanie, to jak doskonale panowała nad sobą, mimo strachu lśniącego w jasnych oczach. Zazdrość mieszała się z uwielbieniem, w każdej jednej sekundzie ich lotu. Śmierć z życiem. Porządek z chaosem.
Przeciążenie było silne, ale nie doczekała ostatniej chwili by odpalić znów miotłę. Łuk był ostry, gnały teraz na szczyt sowiarnianego dachu, w którego roztaczał się najlepszy widok na wieżę zegarową i długi chybotliwy mostek – najlepsze, najmniej strzeżone przejście, obietnica powrotu do domu.
– A wróć... miała być ziemia. – zaśmiała się kręcąc kółko wokół dachu i odbijając na wzgórze, które było za nim. Z zaskakująco wolnym tempem dotarła na samą górę, by w końcu opaść ślizgiem na miękką ziemię. Wokół buchało jeszcze ciepło rozgrzanej wrześniem trawy. Łagodna zieleń pokryta teraz granatem nocnego płaszczu. Ale ziemia przeszkadzała. Ziemia przypominała o grzechach niebios. O upadku. Millie przygryzła wargę unikając spojrzenia Eden. Zamiast tego, odsuwając się trochę na bok patrzyła na zamek, próbując znaleźć start ich wieczornej przejażdżki, astronomiczną wieżę.